Gdy twoje logo zna cały świat

0

Każdy artysta plastyk, grafik, marzy o tym, by jego dzieło stało się ikoną. Tylko niektórzy doświadczają jednak tego, że ich dzieło zaczyna żyć swoim życiem, którego nawet twórcy by nie przewidzieli. Inna rzecz, czy byliby zadowoleni z tego, jakie to życie – pewnie jedni tak, a inni nie. Czy prawo do logo w Polsce jest fikcją – jak twierdzą niektórzy?

Andy Warhol dał logo Rolling Stonesom i dziś wielu myśląc o tej supergrupie widzi charakterystyczne usta z wystawionym językiem. Przerabiano je potem na wiele sposobów. Logo Solidarności wymyślił grafik Jerzy Janiszewski, uhonorowany potem legitymacją Związku z nr 1.

Znakiem polskiego ruchu oporu w czasie II Wojny Światowej była kotwica – symbol Polski Walczącej. Wybrano go w marcu 1942 r. spośród 27 propozycji zgłoszonych na konspiracyjny konkurs ogłoszony przez Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Autorstwo projektu nie jest do końca ustalone – za współtwórczynię uważa się instruktorkę harcerską Annę Smoleńską, pseudonim Hania, studentkę historii sztuki na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Inni wskazywali warszawskiego plastyka Jana Michała Sokołowskiego.

Kotwica pod ochroną

To wojenne logo, wykorzystywane przez lata bardziej i mniej sensownie przez różne grupy, zyskało w 2014 r. ochronę prawną, gdy Sejm uchwalił ustawę o ochronie Znaku Polski Walczącej. Zapisano w niej, że znak, będący symbolem walki polskiego narodu z niemieckim agresorem i okupantem podczas II wojny światowej, stanowi dobro ogólnonarodowe i podlega ochronie należnej historycznej spuściźnie Rzeczypospolitej Polskiej. Otaczanie Znaku Polski Walczącej czcią i szacunkiem stało się prawem i obowiązkiem każdego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, a jego publiczne znieważanie podlega karze grzywny.

Od czasu do czasu w sądach pojawiają się sprawy o znieważenie znaku. Bodaj pierwszy taki proces w Warszawie ruszył w sierpniu przed jednym z sądów rejonowych. Znieważenie według policji polegało na tym, że podczas Marszu Godności w czerwcu 2016 r., trójka aktywistów partii „Zieloni” trzymała zielony transparent ze znakiem Kotwicy, w dole której namalowane zostały symbole płci oraz napis „Nie-podległa”. Czy faktycznie nie było innych przypadków, bardziej zasługujących na proces? Nie mam tej pewności. Co ciekawe, według zapewnień obwinionych, transparent powstał w 2013 r. i był wielokrotnie eksponowany na różnych manifestacjach. Ale teraz zmienił się klimat polityczny – dodali.

Za tak opisane wykroczenie sądownie odpowiadają: przewodnicząca „Zielonych” Małgorzata Tracz, autorka transparentu Elżbieta Hołoweńko i Marcin Krawczyk.

Polka Walcząca

Trójka aktywistów nie przyznaje się do winy i zapewnia, że transparent, podobnie jak i znak Polski Walczącej, ma dla nich ogromne znaczenie i jest odzwierciedleniem ich przekonań i walki o prawa kobiet. Ma też – jak dodają – pokazywać równość kobiet i mężczyzn. Na podstawie wyjaśnień obwinionych sąd będzie ustalał, jaki mieli zamiar obwinieni przygotowując transparent. Przyjrzyjmy się więc temu, co powiedzieli sądowi.

W Powstaniu Warszawskim walczyły i kobiety i mężczyźni, a przez te kilkadziesiąt lat, które od niego upłynęły, prawa kobiet wciąż są zaniedbywane, wciąż musimy o nie walczyć, dlatego też podpis pod transparentem „Nie–podległa”, bo ciągle, my kobiety jesteśmy podległe – mówiła autorka transparentu. Jak dodała, jej matka w Powstaniu Warszawskim była łączniczką. – Jako skrzypaczka przenosiła wiadomości ukryte w futerale, pod skrzypcami. Babcia przygotowywała jedzenie dla powstańców. Pamiętam jak opowiadała, że wychodził cały odział powstańców i wracało dwóch, trzech. Dlatego nigdy w życiu nie przyszłoby mi na myśl, żeby znieważać ten znak – zapewniała Hołoweńko.

Jej zdaniem cała sprawa wynikła z tego, że „znak został obecnie zawłaszczony przez nacjonalistów”. – My pokazujemy go z pokojowej strony, bez agresji, w pokojowy sposób walczymy o prawa kobiet – tłumaczyła sądowi.

Poparli ją pozostali obwinieni wskazując, że dla nich znieważeniem znaku Polski Walczącej są inne sytuacje: wykorzystywanie go w celach komercyjnych, umieszczanie na kijach bejsbolowych czy na koszulkach osób nawołujących do agresji, nienawiści. Nasz transparent na Marszu Godności nie wzbudzał negatywnych emocji – mówili.

Nie doszło do znieważenia znaku, bo w moim przekonaniu znieważenie jest to okazywanie pogardy, wyższości czy nad symbolem czy nad daną osobą – dodała Małgorzata Tracz, przewodnicząca partii. Jej zdaniem, aktywiści okazali szacunek znakowi, który ma obecnie charakter uniwersalny, bo nie dotyczy tylko Powstania Warszawskiego, ale już w PRL stał się symbolem protestu wobec opresyjnej władzy.

Liczy się kontekst

Sąd przesłuchał też jednego z zawiadamiających, Pawła Z. Wyrażał on satysfakcję, że proces rusza „w okresie obchodów 73. rocznicy Powstania Warszawskiego”. – Pamięć o naszych bohaterach, jest tym, co podyktowało moją obecność tutaj, a nie moje osobiste urazy – twierdził.

Wracając do Marszu Godności z czerwca 2016 r. opowiadał jak oglądał portale internetowe i zobaczył transparent. – Widząc przerobiony znak Polski Walczącej poczułem się dotknięty. To nie było tylko moje odczucie. Rozmawiałem z ludźmi, którzy mają różne poglądy polityczne i okazało się, że im również się to nie podoba, że to według nich – jest użycie znaku Polski Walczącej bez szacunku – mówił. Dopytywany zapewnił, że zareagowałby tak samo, gdyby na Marszu Niepodległości był przerobiony znak Polski Walczącej. Mówił też, że uraził go kontekst, w jakim użyto znaku na manifestacji. – Wykorzystano go do reprezentowania interesów jednej z grup kosztem innych, uczestnicy Marszu Godności domagali się m.in. zrównania małżeństw heteroseksualnych i homoseksualnych – mówił. Jego zdaniem organizatorzy „czarnych protestów” czy marszów takich jak ten „podjudzają kobiety do walki o prawa, które już mają”.

To nie pierwsza taka sprawa. W maju 2017 r. kielecki sąd skazał jedną z organizatorek „Czarnego Protestu” na dwa tysiące złotych grzywny za znieważenie znaku Polski Walczącej. W tym przypadku chodziło o umieszczenie w podstawie kotwicy dwóch kropek, symbolizujących piersi kobiety. Z kolei w lutym br. szczeciński sąd uniewinnił w podobnej sprawie inną uczestniczkę „Czarnego Protestu”, będącego sprzeciwem wobec planów zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych.

Znaki protestu

Promujący ten protest w Internecie zamieszczali grafikę nawiązującą do plakatu „W samo południe” (autorstwa Tomasza Sarneckiego) zachęcającego do głosowania w wyborach 4 czerwca 1989 r. W pracy Sarnowskiego odwołującej się do słynnego westernu pojawił się cień postaci, którą grał Gary Cooper, ściskającej w prawej dłoni zamiast colta, kartkę do głosowania. W tle umieszczono logo „Solidarności”.

W grafice służącej promocji „czarnego protestu” także pojawia się logo „S”, ale – zamiast postaci Coopera – widać tam sylwetkę kobiety w spódnicy i kowbojskim kapeluszu na głowie. Autorką grafiki jest chorwacka rzeźbiarka, fotograficzka i performerka Sanja Iveković. Praca powstała w 2009 r. w ramach realizowanego przez nią projektu dotyczącego marginalizacji w polskiej narracji historycznej i w polityce kobiet-uczestniczek ruchu wolnościowego, jakim była „Solidarność”. Od tego czasu prezentowano ją w mediach i przestrzeni publicznej.

Tuż po proteście, obecne władze „Solidarności” zawiadomiły Prokuraturę Okręgową w Gdańsku, że wykorzystując logo związku w promowaniu Czarnego Protestu jego organizatorzy zniesławili organizację. Prokuratura Okręgowa w Gdańsku uznała, że do złamania prawa nie doszło i odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, bo jej zdaniem zawiadamiający nie wykazał, aby użycie znaku miało na celu publiczne przekazanie treści negatywnych co do związku zawodowego.

Sąd za prokuraturą

Związek odwołał się od tej decyzji do gdańskiego sądu, który w lutym uznał je za niezasadne i decyzję prokuratora utrzymał w mocy. Według sądu, aby mówić o odpowiedzialności karnej za czyn z ustawy o prawie własności przemysłowej koniecznym jest, aby sprawca opatrywał produkt cudzym znakiem towarowym celem wprowadzenia tego towaru do obrotu. Fakt, że NSZZ „Solidarność” sprzeciwia się ograniczaniu przesłanek dopuszczalności legalnego przerywania ciąży, nie poniża tego podmiotu w opinii publicznej – wskazał sąd dodając, że jest to głos w debacie o zakresie dopuszczalności przerywania ciąży.

Zajmowanie określonego stanowiska w tej kwestii jest konstytucyjnie gwarantowanym prawem swobody wypowiedzi, a korzystanie z tego prawa (niezależnie od poglądów w tej kwestii) nikogo nie poniża. Sprzeciw wobec proponowanych zmian nie naraża także na utratę zaufania dla wykonywania działalności związku zawodowego – wyjaśnił sąd.

Decyzję komentował rzecznik Komisji Krajowej „Solidarności” Marek Lewandowski. Uznał ją za „niedopuszczalną”. Przyzwala ona na to, że można logo Solidarności, związku zawodowego odwołującego się do wartości chrześcijańskich, wykorzystać do promowania aborcji i nie ma w tym nic złego – mówił dodając, że ta decyzja pokazuje, iż prawo do logo w Polsce jest tak naprawdę fikcją.

Naprawdę jest? A może uniwersalność logo to wartość dodana?