Himalaizm trafił pod strzechy

0

Rozmowa z Adamem Bieleckim, himalaistą, pierwszym zimowym zdobywcą ośmiotysięczników Gaszerbrum I i Broad Peak, uczestnikiem Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 w 2018 r. oraz akcji ratunkowej na Nanga Parbat

Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga. Zaniósłbyś proporczyk z logo Krajowej Rady Radców Prawnych na ośmiotysięcznik?

Pewnie, że tak. Musiałbyś to jednak uzgodnić z moim mena­dżerem.

Prawo i himalaizm mają coś wspólnego… Wszyscy się na nich znają. Czy zgodzisz się z taką tezą? Czy coś się zmieniło w tej sferze po Narodowej Zimowej Wyprawie na K2?

Pamiętam, że gdy zaczynałem się wspinać, a później jeździć w góry wysokie, zainteresowanie naszą działalnością było dużo mniejsze. Niewiele osób kojarzyło cokolwiek na temat himalaizmu. Dzisiaj trafiliśmy pod strzechy i stajemy się obiektem publicznego zainteresowania, bohaterami memów czy nawet kabaretów. Himalaizm przenika do popkultury i to jest nowa sytuacja. Zainteresowanie tematyką gór i wspinania jest znacznie większe – nie mam co do tego wątpliwości. Widać to również w mediach społecznościowych, liczba lajków od osób zaangażowanych i śledzących moje dokonania wzrosła kilkukrotnie na przestrzeni ostatniego roku. A czy wiąże się to ze zwiększeniem wiedzy na temat himalaizmu? Tu już ta zależność nie jest wcale oczywista. Wspinanie to niezwykła dyscyplina sportowa. Aby zrozumieć specyfikę środowiska wysokogórskiego, potrzeba specjalistycznej wiedzy.

Moje pytanie nawiązuje do fali komentarzy, jakie ukazywały się powszechnie po spektakularnej akcji ratunkowej przeprowadzonej na Nanga Parbat, w której z Denisem Urubką odnaleźliście nocą na wysokości ponad 6000 m n.p.m. Élisabeth Revol i sprowadziliście ją do miejsca, skąd została zabrana helikopterem. Internauci i krytycy zarzucali wam, że nie poszliście potem po Tomka Mackiewicza…

Jedna kanadyjska himalaistka napisała, że mamy krew Tomka na rękach. Widziałem te komentarze. Rzeczywiście w pewnym momencie miałem wrażenie, że ludzie myślą, że Tomek i Éli zgubili się w lesie i to, co my musimy zrobić, to założyć kurtki i nie zapominając latarek, iść i ich poszukać. W praktyce jest tylko kilka osób na świecie, które są zdolne do tego, by w tych warunkach iść i próbować ich ratować. Żadnych komandosów czy innych superbohaterów, którzy mogliby wziąć udział w takiej akcji, po prostu nie ma. Zorganizowanie wyprawy ratunkowej zimą w Karakorum czy w Himalajach generuje taką liczbę problemów, że nawet trudno to sobie wyobrazić. Przyznaję jednak, że nie za bardzo przejmuję się anonimowymi komentarzami z sieci, nie wdaję się w prowokowane tam dyskusje. Moim zadaniem nie jest edukowanie każdego z osobna. Staram się popularyzować wiedzę na temat specyfiki tego sportu raczej poprzez pisanie książek, prelekcje czy wywiady takie jak ten.

Zdobywanie najwyższych i najtrudniejszych szczytów staje się już nie tylko realizacją własnych pasji, lecz także drogą do sławy i pieniędzy. Czy sądzisz, że w poszukiwaniu nowych wyzwań dojdzie do tego, że ośmiotysięczniki będzie się zdobywało w stylu tak lekkim, że nie będzie się używało nawet poręczówek?

To akurat już się dzieje. Przecież już Reinhold Messner, Jurek Kukuczka czy Wojtek Kurtyka wspinali się w górach najwyższych w stylu alpejskim. Wspinanie się w małym zespole, z małą ilością sprzętu to jest kierunek, w którym zmierza współczesny himalaizm sportowy, to jest też styl, w którym sam próbuję się wspinać. Oczywiście wyprawy komercyjne nadal będą się odbywały w tradycyjnym stylu ciężkim. Bo tak łatwiej i bezpieczniej wejść na górę. Chociaż to bezpieczeństwo też jest względne – ktoś te liny poręczowe musi na górze powiesić, więc często bezpieczeństwo klientów wiąże się z większym ryzykiem ich przewodników – najczęściej Nepalczyków. Przyszłość alpinizmu jako sportu to małe, lekkie i szybkie zespoły wytyczające coraz to trudniejsze technicznie drogi w górach, także tych najwyższych. A jeżeli chodzi o wspinanie jako drogę do sławy, to Artur Hajzer zapytany, po co chodzi po górach, odpowiadał żartobliwie, że właśnie… „dla kobiet, sławy i pieniędzy”. Ja nie wiem po co i nie znam odpowiedzi na to pytanie. Bardziej mnie jednak ciekawi to, że ktoś, kto sam nie chodzi po górach, fascynuje się himalaizmem.

To tak jak ja. Ale ja wiem dlaczego… Według Krzysztofa Wielickiego alpinizm to sport, pasja, nałóg. Ty mówisz, że może to być także zawód. A jak to wygląda od strony biznesu?

Dla mnie pieniądze i biznes to jest efekt uboczny mojego wspinania, a nie jego treść. Moim celem jest przede wszystkim wejście na górę. Ale oczywiście z czegoś muszę żyć. Z czegoś muszę utrzymać rodzinę. I tu pojawia się aspekt finansowy. Napisałem kiedyś, że na himalaizmie jeszcze się nikt nie dorobił. Od paru lat próbuję to zmienić. Od dziecka chciałem być zawodowym himalaistą. Wiele osób mówiło mi wtedy, że muszę skończyć studia, mieć normalną pracę, a wspinanie traktować jako hobby. Twierdzili, że to nie może być zawód. Mylili się, chociaż udowodnienie tego zajęło mi ładnych parę lat. Obecnie utrzymuję się tylko ze wspinania. Projektuję specjalistyczną odzież dla koreańskiej firmy Black Yak, jeżdżę po świecie z multimedialnymi prelekcjami, na których opowiadam o swoim wspinaniu. Od lat w mojej działalności wspiera mnie też rodzinne miasto Tychy, często ocieram się o świat reklamy i biznesu.

Rodzina himalaisty. Czy istnieje, a jeżeli tak, to gdzie jest granica, po przekroczeniu której człowiek dojrzały, w poczuciu odpowiedzialności wobec swoich najbliższych przestaje chodzić w góry?

Możemy sobie prowadzić rozległe dywagacje albo snuć etyczne rozważania, czy to moralne, by prowadzący ryzykowny tryb życia himalaista zakładał rodzinę. Ale koniec końców pojawia się pragmatyka życiowa. Rzeczony himalaista poznaje kobietę, z którą chce spędzić życie. Ona chce spędzić życie z nim i oboje chcą mieć dzieci. Odpowiedzialność za bliskich to nie jest łatwy temat, ale przecież życie i tak jest „śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową”. Każdy kiedyś umiera. Wiadomo, że himalaizm jest niebezpieczny, nawet bardzo niebezpieczny, ale ludzie na co dzień robią masę niezdrowych i niebezpiecznych rzeczy. Czy jest w porządku wobec rodziny, jeżeli ktoś pali papierosy? Może palacze nie powinni zakładać rodziny? Snując takie rozważania, dochodzimy do absurdów. Na pewno bezpieczeństwo jest dla mnie w górach priorytetem. Jednocześnie mam świadomość, że nie wszystko ode mnie zależy i to, co robię, jest niebezpieczne. I wraz z bliskimi musimy z tą świadomością żyć.

Na koniec powiedz dwa słowa o swoich bieżących dokonaniach i planach na przyszłość.

Latem byłem w paśmie Karakorum. Naszym celem było wejście na Gaszerbuma II, IV i VI. Udało się wejść tylko na jedną z tych gór, ale za to tę najwyższą i na dodatek nowym wariantem. W tym roku chciałbym powspinać się trochę technicznie, czyli po stromych ścianach, niekoniecznie na dużych wysokościach. Cały luty chciałbym przeznaczyć na wspinanie. Czy to będzie Kanada, czy Patagonia, to jeszcze trudno powiedzieć. Pewnie polecimy tam, gdzie akurat będą fajne warunki i dobra pogoda. Kolejny duży projekt planuję na kwiecień–maj przyszłego roku. Chciałbym wrócić na północno-zachodnią ścianę Annapurny, którą próbowałem bezskutecznie zdobyć w 2017 r. Piękna ściana, która jeszcze nigdy nie została pokonana przez wspinaczy. Ciekawy, ambitny cel sportowy.

Czy mógłbyś podać, gdzie można śledzić twoje dokonania?

Tak. Najlepiej w mediach społecznościowych, czyli na Facebooku i Instagramie. Jestem także na Twitterze. Instagram: adamtheclimber, Facebook: @adambieleckiteam.

Rozmawiał: Tomasz Działyński

Adam Bielecki (ur. 12 maja 1983 r. w Tychach) – polski taternik, alpinista, himalaista, pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników Gaszerbrum I (9 marca 2012 r.) i Broad Peak (5 marca 2013 r.) oraz zdobywca K2 (31 lipca 2012 r.), Makalu (30 września 2011 r.) i Gaszerbrum II (16 lipca 2018 r.).