Upadłość to korzyść

0

Rozmowa z PIOTREM ZIMMERMANEM, radcą prawnym, starszym wspólnikiem w kancelarii Zimmerman i Wspólnicy sp. k.

24 marca zmieniły się przepisy dotyczące upadłości konsumenckiej. Według danych mamy 2 mln dłużników, którym grozi niewypłacalność – czy upadłość jest dla nich dobrym rozwiązaniem?

Upadłość konsumencka w ogóle jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Można nawet powiedzieć, że to jest jedyne rozwiązanie, które pozwala utrzymać w jakimś porządku system gospodarczy oparty na kredycie konsumenckim. Instytucję upadłości konsumenckiej wymyślili Amerykanie w latach 50. ubiegłego wieku, kiedy ich gospodarka spowolniła, a wraz z tym pojawiły się liczne przypadki, kiedy ktoś przestawał spłacać kredyty. Ich ekonomiści ustalili, że wierzycielom i całej gospodarce będzie bardziej się opłacało odpuścić długi niewypłacalnym dłużnikom niż ich ścigać przez kilka lub kilkanaście lat. Bo po jakimś czasie taki oddłużony dłużnik staje się nowym kredytobiorcą, uczciwym podatnikiem, jest też dokładniejszy i ostrożniejszy w wydawaniu pieniędzy. Amerykański model oddłużenia absolutnego zakłada, że raz na kilka lat w ciągu życia można sobie pozwolić na odpuszczenie długów. 

Niestety w Europie oddłużenie nie jest takie łatwe i musimy sobie na nie zasłużyć, czyli doznać jakiejś dolegliwości, która nas odstraszy od lekkomyślnego popadania w niewypłacalność. Ta dolegliwość nazywa się okresem wykonywania planu spłat. Bo część pierwsza upadłości – czyli poddanie się egzekucji i oddanie swojego majątku syndykowi w celu zaspokojenia wierzycieli ‒ jest czymś naturalnym, czego dłużnik i tak nie uniknie. I nawet jeśli się na to nie zgodzi, to zamiast syndyka sprawę załatwi komornik. 

Nowe przepisy mają w pewnym sensie dłużników przed tym chronić. Nie będą musieli oddać np. mieszkania, jeśli mają je wspólne z małżonkiem…

Będą musieli. I nie ma co liczyć, że coś się w tym zakresie zmieni, bo konstrukcja prawa upadłościowego musi być zachowana. W zasadniczej części polega ona na zastąpieniu egzekucji singularnej, komorniczej, egzekucją generalną, prowadzoną przez syndyka w toku postępowania upadłościowego. Zatem co do zasady majątek trzeba oddać. Dolegliwością jest plan spłat zadłużenia, który w Europie waha się od trzech do siedmiu lat. Polski ustawodawca rozpoczął od trzyletniego planu, ale teraz doszedł do wniosku, że należy pozwolić szerszemu kręgowi konsumentów przejść przez procedurę upadłościową i jeśli doprowadzili do tej upadłości w sposób umyślny lub przez rażące niedbalstwo, to wtedy ten plan spłat, czyli okres karencji, wydłuża się do siedmiu lat. To jest istota obecnej nowelizacji, reszta to drobiazgi.

Czyli każdy dłużnik, który zechce się oddłużyć, otrzyma zgodę sądu – co na to wierzyciele? 

Tak, i paradoksalnie to jest największa korzyść dla wierzycieli. 

Jak to?

Wierzyciele od lat nie otrzymują z prowadzonej egzekucji singularnej żadnych znaczących kwot. Dla nich znaczenie ma więc przeprowadzona raz solidnie egzekucja z posiadanego przez dłużnika majątku. I syndyk jako ta osoba, która skupia cały ten majątek, jest w stanie znacząco ograniczyć koszty takiej egzekucji – bo jest tylko jeden komornik w jednym postępowaniu, a nie wielu w kilku. Wynagrodzenie syndyka w takim postępowaniu jest znacząco ograniczone, nieporównywalnie niższe od wynagrodzenia komornika. Dla wierzycieli oznacza to większy odzysk netto. 

Ogłoszenie upadłości przez dłużnika jest dla nich korzystne również ze względów podatkowych. Postępowanie upadłościowe, po wykonaniu planu spłat i umorzeniu reszty zobowiązań, umożliwia wierzycielowi potraktowanie niespłaconej części wierzytelności jako kosztu, dzięki czemu od razu odzyskuje podatki od kwot zainwestowanych w tę wierzytelność. W przypadku trzyletniego planu spłat będzie to mógł zrobić szybciej. Dlatego nie wykluczam, że niebawem wierzyciele profesjonalni będą się mocno zastanawiali, czy im się kalkuluje wpychać na siłę dłużnika w siedmioletni plan spłaty i czekać kolejne cztery lata z wpisaniem wierzytelności w koszty. Bo w większości przypadków ten plan i tak nie pozwala na spłatę całego długu. Najczęściej są to kwoty symboliczne, które zależą od tego, ile ktoś zarabia i ile jest w stanie przeznaczyć na spłatę długu po odjęciu kosztów utrzymania. Sądy w Polsce zwykle ustalają plan spłat na 500–1 tys. zł miesięcznie. Przez 36 miesięcy wierzyciele mogą więc odzyskać maksymalnie 36 tys. zł przy przeciętnym zadłużeniu w postępowaniu wynoszącym 300–400 tys. zł. 

Według komentatorów nowe przepisy zrównują osoby prowadzące działalność gospodarczą ze zwykłymi dłużnikami.

To nie jest prawda. Jeśli się jest przedsiębiorcą i prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą w chwili składania wniosku o ogłoszenie upadłości, to ta upadłość jest upadłością przedsiębiorcy i będzie się toczyła według ogólnych przepisów o upadłości przedsiębiorcy – zarówno w zakresie syndyka, rady wierzycieli, komisarza, stopnia skomplikowania i tego, że trzeba mieć majątek wystarczający na pokrycie kosztów takiego postępowania. Nowe przepisy zmieniają natomiast sytuację przedsiębiorcy po zakończeniu postępowania upadłościowego – w tym momencie ta osoba będzie mogła wystąpić o potraktowanie jej jak konsumenta, czyli o umorzenie reszty zobowiązań niezaspokojonych w toku postępowania upadłościowego. 

Stwierdził pan, że na nowelizacji zyskują wierzyciele, proszę więc powiedzieć, co zyskują dłużnicy.

Dłużnicy zyskują na kilku płaszczyznach. Po pierwsze wchodzą w upadłość konsumencką w zasadzie dlatego, że złożyli wniosek, bo poza przestępcami upadłość konsumencka jest dla każdego. Sądy będą znacznie szybciej wydawać orzeczenia w tym przedmiocie, a w niedługim czasie powinny otwierać postępowania wręcz automatycznie, jeżeli z wniosku nie wynika, że mamy do czynienia z przestępstwem.

Po drugie kończy się problem przewlekłości postępowania. Co prawda nowe rozwiązanie nie dotyczy etapu ogłoszenia upadłości konsumenckiej, ale dla postępowania upadłościowego ustawodawca przewidział sześć miesięcy. Jeżeli będzie ono trwało dłużej, to ten okres zalicza się na poczet wykonywania planu spłat.

Dla zwykłych konsumentów fundamentalne znaczenie ma też zmiana struktury postępowania upadłościowego – znika sędzia komisarz i całą likwidację prowadzi syndyk, powoływany przez sąd upadłościowy z listy doradców restrukturyzacyjnych prowadzonej przez ministra sprawiedliwości. Nie ma rady wierzycieli – jest tylko syndyk, który przygotowuje projekt likwidacji, przedkłada go wierzycielom i sądowi. I jeżeli nikt się nie sprzeciwi, realizuje go.  

Wygląda na to, że nowe przepisy mogą skłonić wiele osób do ogłoszenia upadłości, np. frankowiczów.

Zdecydowanie tak. Należy jednak pamiętać, że aby upaść, trzeba być niewypłacalnym. Jeśli więc mamy frankowicza, który popadł w kłopoty finansowe i nie stać go na spłacanie rat, to dla niego upadłość konsumencka jest idealnym sposobem na to, żeby pozbyć się tego składnika majątku, którym jest mieszkanie, za które będzie musiał więcej zapłacić niż jest ono warte. Lepiej więc jest się go pozbyć, oddać wierzycielom, odpracować trzy lata w ramach planu spłat, a potem odzyskać zdolność kredytową i kupić nowe mieszkanie.

Czy spodziewa się pan lawiny wniosków o ogłoszenie upadłości?

Spodziewam się dalszego stopniowego wzrostu, ale pod warunkiem że sądy nie potraktują tych nowych przepisów zbyt rygorystycznie. Tempo tego wzrostu będzie zależało od sposobu rozwiązania pierwszych wniosków, które trafią do sądów. Rynek na pewno będzie się im bacznie przyglądał i szybko rozwijał. Według szacunków przy obecnej liczbie zatrudnionych w Polsce powinniśmy mieć około 30 tys. upadłości rocznie – a my nie mamy nawet 10 tys.

Rozmawiał Bogdan Bugdalski

fot. Bogdan Bugdalski

PIOTR ZIMMERMAN

radca prawny, starszy wspólnik w kancelarii Zimmerman i Wspólnicy sp. k. Wykłada prawo upadłościowe i naprawcze na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim, prowadzi szkolenia nt. prawa upadłościowego i naprawczego. Autor publikacji naukowych, w tym m.in. „Komentarza do prawa upadłościowego i naprawczego”, a także licznych artykułów prasowych na temat upadłości konsumenckiej. Jest absolwentem WPiA na Uniwersytecie Szczecińskim, ukończył aplikację sędziowską i przez blisko 10 lat orzekał w sądach rejonowym i okręgowym, gdzie prowadził liczne postępowania upadłościowe oraz pełnił funkcję sędziego komisarza.