Rozmowa z Jackiem Marczakiem, byłym wiceprezesem KRRP

 

W 1983 r. nie był Pan związany z żadną organizacją, a mimo to wybrano Pana pierwszym dziekanem rady OIRP w Bydgoszczy – jak to się stało?

Nie było to dziełem przypadku. Nie należałem do żadnych organizacji, ale dzięki pracy w dużej firmie bydgoskiej miałem liczne kontakty zawodowe i pozazawodowe z osobami działającymi w Stowarzyszeniu Radców Prawnych, Kole Radców Prawnych przy Zrzeszeniu Prawników Polskich. Dałem się też poznać jako aktywny uczestnik niezmiernie ważnych dla środowiska radcowskiego kołobrzeskich spotkań szkoleniowych, które od strony merytorycznej przygotowywał Józef Zych, późniejszy prezes KRRP i marszałek Sejmu. Odbywały się one raz w roku i gromadziły po kilkaset osób. Kiedy więc doszło do wyboru rady izby – grupa kolegów zaproponowała moją kandydaturę i zgromadzenie mnie wybrało.

Pamięta Pan atmosferę tego zgromadzenia?

Oczywiście, byliśmy bardzo zmobilizowani i podekscytowani, pomimo tej smuty, jaka wówczas panowała. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tworzymy coś nowego. O entuzjazmie świadczyła frekwencja, która nigdy się już nie powtórzyła – w hali produkcyjnej jednego z bydgoskich zakładów znalazło się ok. 120 osób, a cała izbą liczyła niecałe 450 radców. Delegaci reprezentowali różne poglądy, mieli różne wizje, ale nikt nikogo nie zakrzykiwał i wszyscy zostali wysłuchani. W tej atmosferze rozpoczęliśmy pracę, której wyrazem stało się to, że wicedziekanami zostali wszyscy moi konkurenci. To brzmi jak bajka o żelaznym wilku, ale tak było! Entuzjazm i chęć działania, które opanowały większość z nas pomagały pokonywać wszelkie przeciwności.

Jako dziekan zaliczył Pan dwie najbardziej biedne kadencje – jak było u was z siedzibą?

W tym czasie mniej zależało to od pieniędzy, a bardziej od tzw. wejść w aparacie władzy. Jako człowiek bezorganizacyjny ich nie miałem, dlatego byliśmy niejako skazani na ustawowego partnera, czyli Okręgową Komisję Arbitrażową. W jej siedzibie wygospodarowano nam najpierw jeden pokój, a potem dwa. Miało to więcej minusów niż plusów – wówczas w kompetencji OKA były przyjęcia na aplikację i wpisy na listy radców, a my mieliśmy tylko rolę opiniodawczą. Ponieważ jednak chcieliśmy mieć wpływ na te sprawy, to toczyliśmy z nimi ciągłe spory. Kiedy więc nadarzyła się okazja,  wynajęliśmy lokal w spółdzielni mieszkaniowej. Kilka pokoi z dostępem do sali konferencyjnej – a w późniejszym okresie, kolega, który był po mnie dziekanem, kupił lokal w kamienicy, a potem następne. W sumie mamy ich trzy.

Czy brakuje Panu atmosfery tamtych lat?

Tamte lata wspominam z nostalgią, głównie ze względu na tę atmosferę. Wszyscy pracowaliśmy społecznie i byliśmy mocno zaangażowani, jednak na dłuższą metę taki stan nie jest do utrzymania – trudno być nieustanie napędzanym do działania entuzjazmem. Z czasem musiał się pojawić sprawny aparat do wykonywania zadań samorządu, musiały powstać procedury i konieczność ich przestrzegania, zatrudniono pracowników. Samorząd trochę się zbiurokratyzował, co chyba było nieuniknione. Nie mam o to pretensji, chociaż żal, że nie kierujemy się już wyłącznie ideowymi pobudkami. Ostatecznie wszystko i tak zależy od osób sprawujących funkcje kierownicze.

I właściwych relacji aparatu samorządowego z jego członkami…

To ważny problem, który i wtedy istniał. Dlatego trzeba kłaść nacisk na działania integracyjne w środowisku, podejmować wspólne akcje, które służą nie tylko społeczeństwu, ale i koleżankom i kolegom do działania w realizacji wspólnego celu, co pozwala na głębsze poznanie się i zrozumienie istoty samorządu. Chodzi o to, żeby większość ludzi była zaangażowana w samorząd i czuła z tego powodu dumę i satysfakcję. Niestety, im więcej tych osób jest, tym jest to trudniejsze. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy do zawodu wchodzi spora grupa ludzi z pominięciem aplikacji – oni nie są zintegrowani, nie czują więzi z zawodem.

Więc przyszłość to upadek?

Nie widzę jej czarno. Ten zawód będzie się zmieniał, ale się utrzyma, tak jak przetrwa samorząd. Jeśli prześledzimy rozwój naszego zawodu, to na początku jego rola była niewielka, a obecnie obejmuje on wszystko. Dochodziliśmy do tego stopniowo, intensywnie pracując, wyszarpując kolejne kompetencje. Dlatego trzeba spokojnie robić swoje, zachowując wartości, które wypracowaliśmy, pielęgnować je, a wtedy wszystko będzie dobrze.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał BB

 

Jacek Marczak – dziekan rady OIRP w Bydgoszczy I i II kadencji. W latach 1991 – 2007 członek rady OIRP i jednocześnie – w latach 1983- 2007 – członek prezydium KRRP, w tym w latach 1988-1991 oraz 2003-2007 wiceprezes Krajowej Rady. Od 2010 do 2016 r. był członkiem KRRP. Delegat na wszystkich Krajowych Zjazdach Radców Prawnych.