Przetrwamy burze – Rozmowa z Krystyną Stogą, radcą prawnym, współtwórczynią izby wrocławskiej

0

Pani Mecenas czy od początku była Pani zaangażowana w tworzenie samorządu radców prawnych?

W okresie trwania prac nad projektem ustawy o radcach prawnych, jako osoba nienależąca do Zrzeszenia Prawników Polskich, nie zajmowałam się tym tematem,  aczkolwiek tak jak większość radców byłam żywotnie zainteresowana ustawowym uregulowaniem zawodu, który wykonywałam od 1968 r. Pracowałam w przedsiębiorstwach związanych z branżą budowlaną i miałam liczne kontakty z kolegami radcami z tej właśnie branży, a większość z nich czynnie, tak jak kol. Władysław Dmochowski, Witold Łoś czy Piotr Dubowski, była zaangażowana w organizację nowo tworzącego się samorządu radców prawnych. To kol. Władysław Dmochowski jako pełnomocnik Komitetu Organizacyjnego do utworzenia Izby Wrocławskiej, zaproponował mi zaangażowanie się w prace organizacyjno-przygotowawcze związane z powstaniem Izby.

Jakie były wówczas nastroje wśród radców?

Atmosfera w środowisku radców prawnych w tamtym czasie – najliczniejszej już wtedy  grupy zawodowej wśród prawników (zarejestrowanych 739 radców prawnych w OIRP we Wrocławiu) była radosna i entuzjastyczna. Istniała silna potrzeba integracji w tej grupie  zawodowej i  poczucie wspólności interesów. Stąd niepojęty, z dzisiejszej perspektywy czasu, powszechny pęd do działania społecznego większości radców na rzecz nowopowstałego samorządu. Samorząd ten nie miał siedziby, funduszy i struktur. Powszechny entuzjazm i wiara w skuteczność zbiorowego działania zastępowały te braki.

Wspomniała o siedzibie, a właściwie o jej braku. Gdzie zatem mieściło się centrum życiowe ówczesnego samorządu?

To prawda, nie było siedziby i środków na nią. Jednak dzięki operatywności i zaangażowaniu członków nowo wybranych władz Izby oraz dzięki życzliwości ówczesnego Prezesa Sądu Wojewódzkiego Tadeusza Znańskiego, otrzymaliśmy, na zasadzie użyczenia, jeden pokój o powierzchni 25 m2 na III piętrze, a później na IV piętrze (sala 418) o identycznej powierzchni. Pokój ten miał jedną, niezaprzeczalną zaletę: znajdował się w gmachu Sądu i był „wielofunkcyjny”: jako biuro Rady i Dziekana oraz sala zebrań i spotkań towarzyskich. Ta siedziba służyła niewiarygodnie długo: przez 2 kadencje (8 lat).

Wspomniała już Pani, że atmosfera w środowisku była entuzjastyczna. Czy tylko w odniesieniu do tworzącego się samorządu czy też podobnie było w relacjach między radcami?

Relacje miedzy radcami w tym czasie były po prostu koleżeńskie i ciepłe. Radca prawny pracował zazwyczaj samotnie u pracodawcy. Do rzadkości należały pracujące większe zespoły radców. Stąd naturalna chęć i potrzeba większej  integracji zawodowej. Nie było też  trudnej i wszechobecnej, ale zrozumiałej dziś konkurencji. Jeżeli się miało jakieś ciekawe doświadczenie zawodowe lub interpretację „powielaczową” aktu normatywnego (nie było przecież Internetu), to zjawiskiem powszechnym była tzw. samopomoc koleżeńska czyli obowiązek dzielenia się tymi informacjami z innymi członkami samorządu. A wieczorne telefony do domu z pytaniami zawodowymi do bardziej doświadczonych radców, nie należały do rzadkości i nie tylko nie były uważane za nietakt, ale dowodziły  popularności i prestiżu w środowisku osoby udzielającej porady. 

A jaka, zdaniem Pani, będzie przyszłość naszego zawodu?

Sądzę, że ogromne doświadczenie jakie samorząd radcowski zdobył w ciągu 35 lat swej działalności i imponujące efekty: przekształcenie zawodu radcy prawnego postrzeganego jako specyficzny zawód urzędniczy, w wolny niezależny zawód świadczący pomoc prawną w pełnym zakresie przedmiotowym takim jak adwokaci, dobrze rokuje na przyszłość, mimo  nieprzychylnej atmosfery wokół zawodów prawniczych. Powinniśmy przetrwać wszystkie burze.

 Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszej owocnej pracy na rzecz samorządu.

 

Rozmawiał TS