Jakie problemy z prawem autorskim może mieć kancelaria prawna?

0

Rozmowa z prof. dr. hab. Ryszardem Markiewiczem, radcą prawnym, wspólnikiem-założycielem i partnerem w kancelarii Markiewicz & Sroczyński, profesorem zwyczajnym nauk prawnych, specjalistą w zakresie polskiego i unijnego prawa własności intelektualnej

Właśnie, jakie problemy z prawem autorskim może mieć kancelaria prawna?

Zasadniczy problem dotyczy statusu i zasad eksploatacji pism procesowych oraz opinii tworzonych w kancelarii prawnej. Są to z reguły utwory. Powstaje zatem problem ustalenia podmiotu, któremu przysługują prawa autorskie, oraz zasad oznaczania autorstwa w tego rodzaju dziełach. Zauważmy, że zamawiającemu je lub klientowi zależy na podpisie oznaczonej osoby, np. szefa kancelarii. Tymczasem często pisma te, w części lub nawet w całości, sporządzane są przez pracowników, a w efekcie powstaje pytanie, czy wobec ich pominięcia dochodzi do naruszenia prawa do autorstwa. Wydaje się, że problematyka ta powinna być uregulowana w umowach zawieranych z autorami tych utworów. Dotyczy to zarówno postanowień w sprawie przeniesienia autorskich praw majątkowych, jak i zasad oznaczania autorstwa takich utworów.

Ryszard Markiewicz; fot. dr Gabriela Buzek-Garzyńska

Jeżeli chodzi o autorskie prawa majątkowe, to szczególnie istotne jest zamieszczenie w odpowiednich umowach klauzul w sprawie przeniesienia autorskich praw majątkowych do utworów tworzonych [współtworzonych] w ramach umowy o pracę lub np. umowy o dzieło na rzecz danej kancelarii. W przeciwnym wypadku może zwłaszcza powstać problem legalności wykorzystywania tych utworów w późniejszych pismach procesowych lub opiniach opracowywanych w danej kancelarii.

Gdy natomiast rozważamy kwestię autorskich dóbr osobistych, to wydaje się, że należy dopuścić klauzule umowne określające, że takie utwory są w istocie rozpowszechniane bez wskazania autorstwa, a podpis na nich zamieszczony jedynie oznacza, że dana osoba przyjmuje odpowiedzialność za ustalenia i poglądy w nich wyrażone.

Aczkolwiek moim zdaniem, osoby, które współpracują przy tworzeniu opinii prawnych, powinny być oznaczone jako ich współautorzy, a w szczególnych przypadkach, gdy ich współudział twórczy jest tylko marginesowy, powinny być przynajmniej wymienione w przypisie jako osoby biorące udział przy tworzeniu i opracowaniu tej opinii prawnej.

Inny problem prawny sprowadza się do pytania, w jakim zakresie możemy wykorzystywać cudze utwory kancelarii prawnej. Generalnie należy stwierdzić, że kancelaria w zasadzie nie może kopiować do swojego użytku komentarzy, podręczników i książek. Wydaje się, że nie ma tu podstaw do powoływania się na dozwolony użytek. Toteż uprawnienia do danej postaci eksploatacji utworu powinny wynikać ze stosownej licencji, np. uzyskiwanej przy eksploatacji serwisu LEX. Rozważyć także należy, w jakim zakresie jest uprawnione wykorzystywanie tych utworów w ramach pism procesowych, tzn. na ile można je przepisywać, cytować itd. Nie ma problemu, gdy chodzi o orzeczenia sądowe, w tym ich uzasadnienia, bo one nie podlegają prawu autorskiemu i w związku z tym radca może z powodzeniem je „wklejać”, aczkolwiek także powinien zaznaczyć, że jest to cytat z orzeczenia [choć nie jest to wymóg prawny].

Odrębnie należy rozważyć „wklejanie” do pism procesowych fragmentów cudzych tekstów, artykułów naukowych, glos itd. W takim przypadku można powołać się na uprawnienie wynikające z prawa cytatu [art. 29 pr. aut. ] – oczywiście w przypadku zrealizowania warunków przewidzianych w tej postaci dozwolonego użytku. Moim zdaniem, choć jest to wykładnia wykraczająca poza treść przepisu, w gruncie rzeczy każdy autor niespecjalnie się przejmuje tym, jak ktoś wykorzystuje jego tekst, nawet w zakresie przekraczającym cele cytatu, a więc np. gdy nie jest to konieczne dla wyjaśnienia lub polemiki, ale zawsze pod jednym warunkiem. Mianowicie gdy odbywa się to z wyraźnym oznaczeniem, że jest to cytat, czyli z zastosowaniem znaku cytowania i z wyraźnym wskazaniem źródła, strony itd. I wtedy, nawet gdy taki fragment przekracza zakres dozwolonego cytatu, to autorzy tolerują taką eksploatację ich tekstu, bo dla nich jest ważne wskazanie autorstwa, a nie to, czy w wypowiedzi naukowej [np. opinii prawnej] utwór jest nadmiernie eksploatowany.

Równolegle można powołać się tu na licencję z art. 332 pr. aut. uprawniającą do korzystania z utworów m.in. dla potrzeb postępowania administracyjnego lub sądowego. Ta ostatnia licencja będzie miała istotne znaczenie dla wykorzystania pism procesowych strony przeciwnej – gdyż nie są one rozpowszechnione, a więc dla ich eksploatacji nie można powołać się na prawo cytatu.

Chciałabym jeszcze wrócić do kwestii pracowników jako twórców. W kancelariach, oprócz renomowanych prawników, zatrudniani są także młodzi, początkujący prawnicy i aplikanci. Bardzo często to oni dają „wsad” do opinii prawnych czy pism procesowych. Czy ich wkład pracy powinien być uwzględniany przy podawaniu np. osób współpracujących przy tworzeniu takiej opinii? Czy to zależy od umowy, jaką kancelaria z takimi osobami zawarła, czy od wielkości i rodzaju wkładu?

Odpowiedź zależy przede wszystkim od umowy zawieranej przez kancelarię z współtworzącym utwór lub pomagającym przy jego napisaniu oraz od charakteru jego udziału w stworzeniu utworu. Jeżeli wkład pracy polegał tylko na tym, że wyszukał orzeczenia, literaturę [a więc przekazał tylko informację], to nie ma powodu, aby on był wskazany. Jeżeli natomiast on pisze fragmenty pisma procesowego [np. pozwu], to, chociaż jest jego współautorem, to z umowy z nim zawartej może wynikać, że godzi się na rozpowszechnianie utworu bez oznaczania jego autorstwa. Wówczas podpis pod pismem procesowym w istocie nie wskazuje autorstwa utworu, lecz jedynie akceptację treści pisma procesowego przez pełnomocnika strony. Teoretycznie podobne podejście jest dopuszczalne przy współtworzeniu opinii prawnych. Ze względu na dobre obyczaje współautor opinii prawnej – moim zdaniem – powinien być wskazany jako współautor albo przynajmniej w przypisie powinna się znaleźć informacja, że brał udział w jej tworzeniu. Umową można ten wymóg „obejść”, ale chodzi tu o element przyzwoitości i dobrych obyczajów w eksploatacji cudzej twórczości. Powtórzmy jednak – wobec braku odmiennej umowy z autorem pisma procesowego lub opinii może się on zawsze domagać wskazania jego autorstwa na ogólnych zasadach – a więc jak przy wszystkich innych utworach.

Czy kancelarie prawne mogą mieć jakieś specyficzne problemy z użytkowaniem programów komputerowych?

W kancelarii prawnej powstają takie same problemy jak w każdym innym przedsiębiorstwie. Tu nie ma żadnej specyfiki. Właściciele muszą po prostu zwracać uwagę na korzystanie tylko z legalnego oprogramowania.

Kancelarie to nie tylko sami prawnicy. To zespół pracowników niebędących prawnikami, którzy wykonują jednak na rzecz prawników różne prace i zadania. Czy właściciele kancelarii, wspólnicy, partnerzy zarządzający powinni zwracać uwagę na to, czy nie dochodzi do naruszeń prawa autorskiego poprzez np. ściąganie przez takich pracowników nielegalnego oprogramowania, kopiowanie utworów z sieci, czy korzystanie z różnych materiałów, opracowań bez podawania źródła?

Powinni na to zwracać uwagę, zwłaszcza gdy podpisują się pod danym dokumentem jako własnym, bo w przeciwnym razie będą odpowiadać za plagiat. Dlatego elementarną kwestią jest zawarcie stosownej umowy z pracownikiem i uprzedzenie go, by nie eksploatował bezprawnie utworów. Aczkolwiek, z punktu widzenia odpowiedzialności za naruszenia prawa autorskiego, umowa ta nie zwolni właściciela kancelarii od odpowiedzialności. Co najwyżej może mieć roszczenia względem „współautora”, których faktycznie nigdy nie realizuje. Swoim studentom piszącym prace magisterskie mówię wyraźnie, że jak złapię kogoś na tym, że odpisuje bez stosownego poświadczenia autorstwa, to zabiję (śmiech). I oni się tego boją. To może być metoda także w kancelariach prawnych (śmiech).

Jakie problemy mamy dziś ze stosowaniem naszego prawa autorskiego i jaka jest jego relacja z prawem wspólnotowym? Czy jest coś, co rodzi szczególne problemy?

Wszystko. A tak na serio to jest to temat na bardzo długą rozmowę. Pierwszy zarzut, jeśli chodzi o relację polskiego prawa autorskiego do prawa Unii Europejskiej, polega na swoistej tradycji wdrażania dyrektyw unijnych w Polsce, na ogół w dwa lata po terminie. Po drugie niektóre dyrektywy są źle wdrożone. Nie w pełni. Trzeba to po prostu naprawić. Dotyczy to np. problemu usuwania zabezpieczenia przed dostępem do utworu. W tym przypadku polskie prawo autorskie oczywiście radykalnie narusza prawo UE.

Największe trudności powstają wówczas, gdy orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości, które precyzuje znaczenie dyrektyw, nie może być stosowane w świetle aktualnych przepisów prawa polskiego. Powstaje wówczas problem, czy należy odpowiednio zmienić te przepisy, czy też może mimo że nie są dostatecznie doprecyzowane, stosować prawo Unii Europejskiej. Przykładowo w orzecznictwie TSUE uznano, że ściąganie do użytku osobistego plików bezprawnie usytuowanych w sieci narusza prawo autorskie. To nie jest oczywiste w świetle przepisów prawa polskiego, a także odpowiedniej dyrektywy. Pytanie zatem, czy należy wówczas zmienić przepisy polskiego prawa, czy też możliwe jest w tym zakresie respektujące prawo UE – orzecznictwo sądowe? Albo inny przykład. W orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości uważa się, że zamieszczenie linku do utworu bezprawnie usytuowanego jest bezpośrednim naruszeniem prawa autorskiego. Na gruncie polskich przepisów powiedziałbym, że to jest raczej pomocnictwo do naruszenia prawa autorskiego [art. 422 Kodeksu cywilnego]. Czy wówczas sąd powinien przyjąć interpretację Trybunału Sprawiedliwości, czy rozumowania dotychczas stosowane w klasycznym prawie cywilnym? Opowiadam się tu za wykładnią prawa UE przyjazną dla prawa krajowego – a więc za drugą ewentualnością.

A jeżeli kancelaria prawna na swojej stronie internetowej podaje linki do zagadnień, w których się specjalizuje, traktując to jako swoiste rozwinięcie treści prezentowanych u siebie?

Może narazić się na odpowiedzialność, jeśli zamieszcza linki do miejsc, w których dochodzi do bezprawnego rozpowszechniania utworów. Gdy linki odnoszą się do utworów legalnie rozpowszechnianych na danym portalu – bez żadnych ograniczeń co do dostępu do nich [np. na stronie wydawcy albo portali, na których publikowane są artykuły z czasopism np. na zasadzie licencji creative commons], to na pewno można zamieszczać link bez żadnych obaw. Gdybym miał cokolwiek radzić, to ze względu na orzecznictwo TSUE [którego nie rozumiem w tym zakresie i z którym się nie zgadzam] problem naruszenia prawa w przypadku zamieszczenia linku dotyczy w zasadzie tylko linków klikających, czyli takich, które po kliknięciu „przeprowadzają” do tego miejsca. Jeżeli zatem kancelaria zamieści link „nieklikający”, czyli taki, który wymaga jego samodzielnego „przeklejenia”, skopiowania w nowym oknie przeglądarki, to – chyba że zostałaby wykazana świadomość w sprawie kierowania do utworu usytuowanego na danym portalu bezprawnie – w zasadzie trudno kwestionować takie postępowanie.

Innymi słowy orzecznictwo Trybunału stanowi niejako zachętę do obejścia prawa…

Powiedzmy tak: bezpieczniej jest zamieszczać linki nieklikające. Jest to bez sensu, bo w istocie różnica między „klikającymi” a „nieklikającymi” linkami nie jest istotna z punktu widzenia dostępu do utworu usytuowanego w internecie, a tymczasem wyraźnie Trybunał Sprawiedliwości ogranicza „odpowiedzialność za linkowanie” do linków klikających.

Czy w kontekście tej odpowiedzialności ma znaczenie dochowanie staranności w ustaleniu rodzaju miejsca, w którym zamieszczono treści, do których z kolei zamierza odesłać kancelaria?

Ma. I to zarówno na gruncie orzecznictwa TSUE, jak i na gruncie prawa polskiego. Za pomocnictwo na gruncie prawa polskiego odpowiada się tylko, gdy istnieje jakiś stopień zawinienia pomagającego. W przypadku orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości element ten jest brany pod uwagę, ale nie jako element decydujący, przesądzający. Orzecznictwo to w zakresie linkowania jest bardzo skomplikowane i nakazuje branie pod uwagę szeregu okoliczności, np. czy chodzi o działanie umyślne lub nastawione na zysk. W istocie tego rodzaju naruszenia są oceniane nie jak klasyczne naruszenia prawa wyłączności [swoistej własności], lecz tak jakby ochrona odnosiła się do czynu nieuczciwej konkurencji lub czynu niedozwolonego.

A czy nie można powiedzieć, że działamy w ramach dozwolonego użytku?

Nie, bo nie bardzo wiadomo, jaką postać dozwolonego użytku moglibyśmy tu wskazać dla uzasadnienia legalizacji „linkowania”. Zapewne można by niekiedy takie linkowanie dopuścić w przypadku działań edukacyjnych, ale wówczas też nie można odsyłać do artykułów bezprawnie usytuowanych na cudzej stronie.

Nie mogę nie zapytać o głośną medialnie sprawę Andrzeja Sapkowskiego, polskiego pisarza fantasy, domagającego się 60 mln zł wynagrodzenia jako twórca Wiedźmina od firmy, która stworzyła na podstawie jego powieści grę odnoszącą na świecie duże sukcesy. Czy ma on szansę na wygraną, skoro wcześniej sam miał zrezygnować z zapisów w umowie gwarantujących mu procentowe udziały w zyskach?

To żądanie twórcy kłóci się z przekonaniem, że umowy należy wykonywać [pacta sunt servanda]. Istnieje jednak w pr. aut. art. 44, który wprowadza wyraźne odstępstwo od tej zasady. Przewiduje on, że niezależnie od tego, jaka jest treść umowy z twórcą, jeżeli nabywca praw czy licencjobiorca uzyska rażąco niewspółmierną korzyść z eksploatacji utworu, to jest zobowiązany do podwyższenia tego wynagrodzenia – decyduje o tym sąd.

Czyli pisarz nie jest na przegranej pozycji?

Co do tego nie mam wątpliwości. Problemem jest tylko określenie wysokości tego podwyższanego wynagrodzenia. Okoliczność, że twórca zawarł umowę w pełni świadomie i że nie wyobrażał sobie lub nawet nie wiedział, że będą tak wysokie korzyści – nie ma znaczenia dla możliwości żądania podwyższenia tego wynagrodzenia.

Co radziłby pan profesor radcom prawnym, którzy interesują się prawami autorskimi?

Jeżeli chcemy wykonywać zawód radcy prawnego w sprawach z zakresu prawa własności intelektualnej, to musimy bardzo uważnie śledzić orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości. Nie możemy ograniczać się do prawa polskiego, bo wówczas obraz jest zafałszowany. Jeżeli radcy prawni będą dobrze wykorzystywali prawo UE, to wpłynie to także na poziom orzecznictwa sądowego – w tym także na kierowanie z Polski pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości. Oczywiście jest to istotne z perspektywy każdej dziedziny prawa, lecz ja na to patrzę z perspektywy mojej dziedziny.

Dziękuję za rozmowę.