Internet i prawo

0

Rozmowa z Dominikiem Skoczkiem, radcą prawnym i dyrektorem SFP-ZAPA

 

Na początku lipca Prezydent RP Andrzej Duda podpisał ustawę o zbiorowym zarządzaniu prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Co ona zmienia w funkcjonowaniu takich organizacji jak Stowarzyszenie Autorów ZAiKS czy SFP-ZAPA?

W Polsce istnieje obecnie 12 organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ). Największe z nich to ZAiKS, reprezentujący twórców utworów słownych i muzycznych, oraz ZAPA. Jako jednostka organizacyjna Stowarzyszenia Filmowców Polskich (SFP) zbiorowo zarządzamy prawami twórców filmowych i producentów audiowizualnych. Nowa ustawa implementuje do porządku prawnego dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady UE z 2014 r. w sprawie zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i prawami pokrewnymi. Jej nadrzędnym celem jest doprecyzowanie zasad działania wszystkich OZZ w Polsce oraz nadzoru nad nimi przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nasz rząd nie poprzestał jednak na prostym przepisaniu dyrektywy, polska ustawa w wielu miejscach wychodzi znacznie dalej, niż tego wymagają przepisy unijne. Oprócz wprowadzonych przez dyrektywę rozbudowanych obowiązków sprawozdawczych i informacyjnych oraz zmian strukturalnych ustawa przewiduje również rewizję wszystkich istniejących zezwoleń na zbiorowe zarządzanie, porządkuje krzyżujące się zakresy reprezentacji niektórych organizacji, zasadniczo zmienia zasady działania Komisji Prawa Autorskiego oraz reguluje wiele innych pomniejszych kwestii.

W lutym został pan nowym dyrektorem SFP-ZAPA. W jaki sposób przygotowujecie się do wdrożenia wspomnianej ustawy?

Robimy to już od dawna. Ustawa wprowadza dużo biurokracji i utrudnień w codziennym funkcjonowaniu organizacji, ale daje także możliwość uporządkowania wewnętrznej struktury i ułożenia na nowo wielu procesów. Od Stowarzyszenia Filmowców Polskich wymagać to będzie dużych zmian strukturalnych, związanych m.in. z potrzebą wyraźnego oddzielenia działalności stowarzyszeniowej od działalności związanej ze zbiorowym zarządzaniem. Stowarzyszenie organizuje festiwale filmowe, m.in. najważniejszy polski festiwal filmowy w Gdyni czy festiwal Młodzi i Film w Koszalinie, który pokazuje filmy debiutantów i tzw. drugie filmy. Wydajemy „Magazyn Filmowy”, prowadzimy rozbudowaną działalność edukacyjną i socjalną. W ramach SFP działa także Studio Munka, w którym młodzi twórcy mogą stawiać pierwsze kroki filmowe, realizując krótkie fabuły, dokumenty i animacje. Od pewnego czasu studio stawia również na debiuty pełnometrażowe. Natomiast ZAPA z powodzeniem pobiera dla twórców i producentów tantiemy, które − zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych − dochodzone są od kin, stacji telewizyjnych, operatorów kablowych i satelitarnych, dystrybutorów DVD czy innych podmiotów odtwarzających utwory, np. także hoteli.

Aby dostosować się do wymogów nowej ustawy, będziemy musieli przyjąć nowy statut Stowarzyszenia. Na nowo zostaną w nim określone odrębne zasady jego działania oraz sposób funkcjonowania ZAPA. W tym celu będziemy musieli aneksować ponad 5 tys. umów z uprawnionymi, którzy powierzyli ZAPA prawa do zbiorowego zarządzania, a także wszystkie umowy z zagranicznymi OZZ, dzięki którym ZAPA reprezentuje w Polsce repertuar światowy. Trzeba będzie stworzyć nowy regulamin repartycji (najważniejszy dokument w OZZ, określający zasady podziału i wypłaty tantiem dla uprawnionych), przygotować specjalne procedury rozpatrywania skarg, realizować liczne obowiązki sprawozdawcze oraz informacyjne.

Nowa ustawa o zbiorowym zarządzaniu nie obejmuje jednak kwestii ochrony praw autorskich w internecie.

Mieliśmy o to żal do Ministerstwa Kultury, że w toku procedowania ustawy nie zdecydowano się na wprowadzenie tantiem za eksploatację utworów w internecie. To dla nas duży kłopot i zarazem wyzwanie, z którym będziemy się mierzyć i to już w najbliższej przyszłości. Większość podmiotów, które zajmują się zawodowo rozpowszechnianiem różnych dzieł autorskich, udostępnia te utwory również w internecie, część działa już tylko tam. Tymczasem takie organizacje jak ZAPA nie mają narzędzi, żeby egzekwować prawa twórców, których interesy reprezentujemy, w internecie. Mamy na przykład w istniejącej ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych pole eksploatacji, które nazywa się „najem”. Możemy ściągać tantiemy dla twórców za najem egzemplarzy filmów (zgodnie z dyrektywą z 1992 r.), ale to dotyczy tylko wypożyczania nośników materialnych: kaset wideo, płyt DVD czy Blu-ray. Tymczasem tradycyjny rynek wypożyczalni wideo dawno się już wyczerpał! Najem utworów całkowicie przeniósł się do internetu, ale obecnie „wypożycza się” kopie cyfrowe, które nie są już objęte tantiemami dla twórców. Serwisy internetowe, takie jak Ipla, Player, Netflix czy Showmax, działają de facto jak dawne wypożyczalnie filmów, tyle że „najem” wybranych tytułów lub całych katalogów filmów odbywa się bez wychodzenia z domu. Nie ma zatem żadnego uzasadnienia, aby za tego typu formy udostępniania utworów audiowizualnych nie ściągać tantiem! Nie dość, że tracą na tym twórcy, to jeszcze tradycyjne stacje telewizyjne czy kablówki, ponosząc dodatkowe koszty swojej działalności, mają gorszą pozycję konkurencyjną w porównaniu z podmiotami, które świadczą podobne usługi w internecie, a z obowiązku uiszczania tantiem są wyłączone.

W Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej od dłuższego czasu trwa ostra batalia w tej sprawie, ale jej końca na razie nie widać.

Rzeczywiście w Parlamencie Europejskim trwają obecnie zaawansowane prace nad unijną dyrektywą o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym. Dyrektywa daje nadzieję na wprowadzenie zapisów, które pozwoliłyby wreszcie na dochodzenie opłat licencyjnych od serwisów internetowych. Negocjacje w tej sprawie są jednak bardzo trudne ze względu na olbrzymi opór czy wręcz agresywny lobbing dużych firm technologicznych, które nazywają te przepisy − jakże nośnym i populistycznym hasłem − „ACTA 2”. To jest kompletne nieporozumienie!

Dlaczego?

Wspomniana dyrektywa wprowadza − wydawać by się mogło niebudzące kontrowersji – zapisy, które nakazują serwisom typu YouTube czy Facebook wzięcie odpowiedzialności za treści udostępniane przez ich użytkowników. Dyrektywa przewiduje po prostu obowiązek uzyskania przez dany serwis licencji od twórców czy producentów, których treści wrzucane są przez użytkowników tego serwisu na wspólną platformę internetową. Przepisy nie ograniczają zatem aktywności konsumentów ani nie nakazują zwykłym ludziom nabywania licencji za fragmenty muzyki czy wideo użytych w udostępnianych przez nich w sieci materiałach. Odpowiedzialność przechodzi z użytkownika na właściciela serwisu. To odwrócenie istniejącej obecnie w sieci zasady, że właściciel platformy czy serwisu społecznościowego nie ponosi za nic odpowiedzialności, a za wszystko odpowiada użytkownik, który z serwisu korzysta. Nie ma to zatem nic wspólnego z zamachem na wolność wypowiedzi w internecie.

Dominik Skoczek; fot. Piotr Ruman

To dlaczego za odrzuceniem dyrektywy w obecnym kształcie opowiadają się nie tylko polski rząd, ale także liczne organizacje branżowe zrzeszające przedsiębiorców czy organizacje broniące praw konsumentów?

Polski rząd przyjął stanowisko negocjacyjne akceptujące kierunek przeprowadzanych zmian. Dopiero pod wpływem protestów stanowisko zostało częściowo zmodyfikowane, ale nadal popiera zasadniczy zręb reformy. Jeśli chodzi o izby gospodarcze zrzeszające podmioty działające w internecie, to ich głos krytyczny mnie nie dziwi. Nikt nie chce dobrowolnie płacić za korzystanie z treści chronionych prawem autorskim, jeśli wcześniej był z tego zwolniony. Zastanawiający jest natomiast protest niektórych polskich organizacji konsumenckich. Dla mnie jako prawnika szczególnie interesujące jest to, że organizacje te często przywołują kartę praw podstawowych UE jako miernik ochrony wolności wypowiedzi w internecie i walki z filtrowaniem treści, które ich zdaniem może prowadzić do cenzury. Przeciwstawiają zatem jedno z praw podstawowych, jakim jest wolność słowa, innemu prawu podstawowemu, jakim jest prawo własności. Mogłoby z tego wyjść ciekawe zagadnienie dla filozofów − która wartość powinna być lepiej chroniona. Moim jednak zdaniem konfrontowanie własności z wolnością wypowiedzi przy okazji dyskusji o ochronie praw autorskich w sieci to fałszywy trop i próba skierowania dyskusji na boczny tor. Prawdziwy konflikt nie dotyczy relacji konsument – przemysł kreatywny. Walka, i to globalna, toczy się między międzynarodowymi koncernami technologicznymi, które poprzez swoją bezpłatną ofertę, bogatą w treści cudzego autorstwa, coraz bardziej wkraczają w każdy aspekt naszego prywatnego życia, a również międzynarodową branżą filmową i muzyczną, która na tym wystarczająco nie korzysta. Polska, z racji położenia geograficznego i języka, znajduje się na peryferiach tej walki. Tym bardziej dziwi mnie tak duże zaangażowanie niektórych polskich organizacji w obronę przywilejów amerykańskich koncernów internetowych.

Postulat ochrony wolności w internecie pojawił się już kilka lat temu. Jak pan jako specjalista od prawa autorskiego zareagował na te wielotysięczne demonstracje ws. ACTA, które w 2012 r. przetoczyły się przez Warszawę?

W tym czasie pracowałem w resorcie kultury i byłem w tę sprawę zaangażowany bezpośrednio jako dyrektor Departamentu Własności Intelektualnej i Mediów. Razem z grupą prawników uczestniczyłem w ramach tzw. polskiej prezydencji w Radzie UE w negocjacjach, które w sprawie ACTA prowadziła Komisja Europejska ze Stanami Zjednoczonymi i innymi krajami.

Jestem przekonany, że demonstracje, głównie młodych ludzi, wynikały z niezrozumienia przez nich złożoności problemu, z jakim mieliśmy wówczas do czynienia. Komisja Europejska negocjowała wówczas międzynarodowe porozumienie handlowe promowane przede wszystkim przez Stany Zjednoczone. ACTA dotyczyła nie tylko kwestii ochrony własności intelektualnej, lecz również ochrony praw własności przemysłowych (patentów, znaków towarowych itp.). Wiele zarzutów przypisywanych ACTA było nieprawdziwych, porozumienie nie wnosiło wiele nowego do istniejącego porządku prawnego, szczególnie w Europie, w której ochrona praw autorskich i praw własności przemysłowej była na wyższym poziomie, niż przewidywała ACTA. Głównym celem porozumienia miało być ułatwienie egzekwowania już istniejących przepisów, czyli de facto doprowadzenie do skutecznego przestrzegania prawa już obowiązującego, szczególnie w relacji z krajami tradycyjnie mniej dbającymi o ochronę własności intelektualnej. Zapisy były wymierzone w łamiących prawa autorskie na masową skalę. ACTA była skierowana przeciwko dużym podmiotom biznesowym, a nie prywatnym, indywidualnym użytkownikom internetu.

Ludzie odebrali to jednak jako atak na wolność słowa oraz zamach na ich prywatność w sieci.

Sam proces negocjacji ACTA był nietransparentny i nieczytelny dla przeciętnego obywatela, co powodowało duże niejasności i napięcia, podejrzenia o istnienie zapisów zagrażających prywatności, co ostatecznie przyczyniło się do odrzucenia całego porozumienia. Przyjęło się mówić, że internet jest oazą wolności, sferą swobodnej i niczym nieskrępowanej wymiany myśli i należy tego za wszelką cenę bronić. To jest mit! Internet już dawno przestał być przestrzenią wolności, a stał się areną, często bezpardonowych, biznesowych starć globalnych koncernów. Każdego dnia nasze dane osobowe, nasze preferencje i wybory – czyli cała nasza sfera prywatności − są oddawane wielkim firmom w zamian za możliwość darmowego lub półdarmowego korzystania z przeglądarek, e-maili, serwisów społecznościowych czy też serwisów wideo udostępnianych przez innych użytkowników.

Internet nie może być wyjęty spoza jurysdykcji jakiegokolwiek państwa. Zdarzenia popełnione w sieci, z zakresu naruszeń dóbr publicznych, ze sfery dóbr osobistych, prawa autorskiego czy jakiegokolwiek innego to są takie same przestępstwa, jakie popełnia się w świecie realnym. Czasami są one nawet groźniejsze. Jestem zwolennikiem regulacji internetu, zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym. Globalne koncerny internetowe już teraz są potężniejsze niż państwa i nie można pozwolić im działać poza jakąkolwiek kontrolą demokratycznych gremiów.

Skąd w ogóle wzięła się „internetowa bezkarność” firm technologicznych?

Jej początków należy szukać u schyłku XX w. w instytucji tzw. bezpiecznej przystani (ang. safe harbour). Wprowadzono ją w 1998 r. w Stanach Zjednoczonych, w ramach Digital Millenium Copyright Act, zaś w Europie w dyrektywie z roku 2000 o handlu elektronicznym. Safe harbour to system wyłączeń od odpowiedzialności pośredników internetowych, którzy nie odpowiadają za naruszenia praw dokonywane przez swoich klientów w trakcie korzystania z udostępnionych im serwisów internetowych. Właściciele serwisów społecznościowych, serwisów wymiany treści, platform aukcyjnych nie muszą obawiać się np. naruszeń praw autorskich dokonywanych przez swoich klientów czy użytkowników, muszą jedynie reagować na uzasadnione zgłoszenia właścicieli praw i usuwać indywidualnie wskazane materiały. Obecnie system ten uległ całkowitemu wypaczeniu. Przy masowym udostępnianiu w internecie filmów czy muzyki tylko największe korporacje medialne mogą sobie pozwolić na stały monitoring serwisów i wysyłanie wniosków dotyczących usunięcia materiałów przez siebie chronionych. Pojedynczy twórcy są na straconej pozycji, nie są w stanie pilnować wszystkich platform internetowych i nawet jeśli uda im się doprowadzić do usunięcia swojego utworu, udostępniany jest on zaraz ponownie.

Nadrzędnym celem tej koncepcji sprzed 20 lat było stworzenie możliwie najlepszych warunków do rozwoju raczkującego wówczas biznesu internetowego. Można powiedzieć − udało się. To była jednak era przed powstaniem Google czy Facebooka. Czasy się zmieniły. Teraz mamy do czynienia z zupełnie innym rynkiem, w którym nie ma już potrzeby dalszego utrzymywania specjalnych przywilejów dla firm internetowych. Mają się świetnie, część z nich rozrosła się do rozmiarów międzynarodowych korporacji, które coraz bardziej monopolizują rynek.

Pan zainteresował się prawem autorskim jeszcze w erze przedfacebookowej?

Tak. Już na początku studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim wiedziałem, że chcę się w tej dziedzinie specjalizować. Prawo autorskie było swoistym przedłużeniem moich zainteresowań kulturą i sztuką. Od czasów licealnych pasjonowałem się kinem, zarówno filmem współczesnym, jak i historią kina. Dużo na ten temat czytałem. Dużo oglądałem. W czasach licealnych mieliśmy ze znajomymi trupę teatralną i zespół muzyczny. Podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim działałem w Dyskusyjnym Klubie Filmowym „Błękit Pruski”.

Da się w Polsce żyć z tantiem?

Są twórcy, którzy całkiem nieźle z tego żyją, ale przyznaję, że to niewielka grupa. Jedynie ok. 1 proc. artystów mógłby nic innego nie robić. Z drugiej strony dla wielu starszych i zasłużonych twórców tantiemy stanowią jedyne źródło utrzymania na emeryturze. Państwo polskie do dnia dzisiejszego nie wypracowało skutecznego modelu uprawnień emerytalnych dla środowisk twórczych. Większość twórców poprzez nieregularne zatrudnianie na umowach śmieciowych nie była w stanie odprowadzić odpowiedniej liczby składek, aby zapewnić sobie godną emeryturę.