Czy frankowicze to żyła złota?

0

Po wyroku TSUE w sprawie kredytów frankowych kredytobiorcy zasypują kancelarie zapytaniami. Panuje przekonanie, że obsługa tych kredytów jest warta miliony. Ale z kancelariami o klientów walczą nawet powstałe ad hoc spółki z o.o.

Czy się zastanawiam nad pozwaniem banku? Już podjąłem taką decyzję – mówi „Radcy Prawnemu” pan Tomasz. Przekroczył czterdziestkę, kredyt we franku zaciągnął na segment pod Warszawą. Spłaca go od 14 lat. – Powiększyła się nam rodzina, potrzebne było większe lokum. Kredyt we frankach był najkorzystniejszy – opowiada.

Kiedy frank poszybował, kosztowało go to wiele nerwów. – Ale nie zalegamy ze spłatą. Nie miałbym pretensji do banku, gdyby nie to, że oni przecież nie wypłacili nam franków, one były tylko na papierze – opowiada Tomasz. Kancelarii nie szuka. Ma znajomego prawnika, który prowadzi sprawę.

Po wyroku TSUE w sprawie kredytu małżeństwa Dziubaków wiele osób myśli podobnie. Kancelarie, które wyspecjalizowały się w takich sprawach, przeżywają oblężenie. Na ich stronach internetowych od razu wyskakują okienka informujące, gdzie i jakie dokumenty należy przesłać do wstępnej oceny.

– Zainteresowanie kredytobiorców jest bardzo duże, choć falowe. Jeśli w mediach pojawiają się informacje o wyrokach TSUE czy jakimś istotnym wyroku w Polsce – zgłasza się do nas więcej frankowiczów – mówi mec. Radosław Górski, radca prawny, który prowadzi kancelarie w Warszawie, Szczecinie, Nowogardzie i Świnoujściu. Kredytobiorców w sporach sądowych przeciwko bankom reprezentuje od 2014 r. Może się pochwalić kilkudziesięcioma korzystnymi dla klientów wyrokami.

 – Stale rekrutujemy nowych pracowników, by móc odpowiedzieć na potrzeby klientów. W okresach największego zainteresowania tylko w ciągu weekendu potrafi wpłynąć do nas nawet 200‒250 nowych zapytań. Przeważnie kontaktujące się z nami osoby chcą się dowiedzieć, jak wygląda ich sytuacja. Nie może być tu jednak z naszej strony automatyzmu. Kredytobiorca musi przedstawić dokumenty, odpowiedzieć na wiele szczegółowych pytań i dopiero wtedy jesteśmy w stanie poinformować go, czy ma szansę na sukces w sądzie. Negatywnie opiniujemy około 20% wpływających spraw. Ogólnie jednak znacząco zwiększyła się liczba prowadzonych przez nas procesów sądowych – opowiada mec. Górski.

Kancelaria radcy prawnego Barbary Garlacz w toku ma 900 spraw frankowiczów. Kolejnych 250 pozwów czeka na złożenie. Codziennie wpływa kilkadziesiąt nowych zapytań. – Dajemy sobie radę z tym ogromnym zainteresowaniem, bo od lat zajmujemy się sprawami kredytów frankowych. Mamy sprawdzony zespół. W ubiegłym roku poszerzyliśmy go i wciąż szkolimy nowe osoby. Na rynku niestety brakuje prawników, którzy znają się na tematyce kredytów frankowych, aplikanci w ogóle nie są przygotowani do pracy przy takich sprawach – ocenia mec. Garlacz.

Klienci na analizę złożonych dokumentów czekają w jej kancelarii od trzech do pięciu dni. Jest ona bezpłatna. Miesięcznie kancelaria mec. Garlacz zawiera kilkadziesiąt nowych umów na obsługę sporu z bankiem.

NIEBEZPIECZNIE NISKA STAWKA


Choć udział kredytów frankowych maleje, to wciąż stanowią 23,3% wszystkich kredytów mieszkaniowych (dane BIK z połowy ubiegłego roku). Panuje przekonanie, że po werdykcie TSUE obsługa prawna frankowiczów to żyła złota dla prawników.

Na rynku kancelarie złożenie pozwu wyceniają na kilka do kilkunastu tysięcy złotych. – Nasze stawki kształtujemy indywidualnie, ale raczej powyżej 10 tys. zł. Nie możemy sobie pozwolić na niższe koszty, bo wyceniamy nasze know-how, doświadczenie i strategię, których wiele kancelarii oferujących nieco niższe stawki nie ma. Ponadto długofalowo ponosimy istotne koszty, tj. sprawy frankowiczów zaczęliśmy prowadzić sześć lat temu, kiedy jeszcze nie było orzeczeń, na które powołujemy się dzisiaj. Koszty, jakie ponieśliśmy, prowadząc te sprawy,są wysokie. Ktoś, kto dopiero dzisiaj weźmie się za nie, może skorzystać z wydanych już orzeczeń i zamknąć sprawę w ciągu trzech lat, ponosząc niższe koszty – tłumaczy mec. Garlacz.

Przestrzega jednak przed zaniżaniem stawek. – Kancelarie, które dziś wyceniają prowadzenie takiej sprawy na kilka tysięcy złotych, za dwa, trzy lata mogą zniknąć z rynku, bo koszty są ogromne i będą ponoszone długofalowo, trzeba się do tego przygotować, odpowiednio kształtując stawki za sprawę już na początku. Prawnikom wchodzącym na ten rynek wydaje się, że dzisiaj zarabiają, bo zainteresowanie jest duże, ale przy tych sprawach trzeba będzie pracować trzy czy cztery lata, a może i dłużej. Może się potem okazać, że realny przychód z takiego klienta to dla kancelarii 120 zł miesięcznie i to nie wystarczy na pokrycie kosztów. Nie ma też gwarancji, że stale będą przybywać nowi klienci. Przed orzeczeniem TSUE na rynku był zastój, bo frankowicze wstrzymywali się z decyzjami o wejściu na drogę prawną, czekając na ten werdykt. Nie wszystkie kwestie zostały jednak rozstrzygnięte i zapewne czekają nas kolejne pytania do TSUE, a to znowu wpłynie na zastój na rynku, wydłużenie procesów i po stronie kancelarii będzie generowało dodatkowe koszty operacyjne – tłumaczy mec. Garlacz.

Duże zainteresowanie frankowiczów wystąpieniem na drogę sądową przeciwko bankom zaowocowało tym, że mamy dziś wysyp podmiotów proponujących kredytobiorcom poprowadzenie sprawy przeciwko bankowi. Prowadzą agresywny marketing, masowo rozsyłają e-maile, których nadawcę trudno zweryfikować. Wystarczy kliknąć i załączyć dokumenty, podać dane a oddzwonią. Obiecują „najniższe stawki” i „zwrot nadpłaconych rat”.

Powstało wiele spółek z ograniczoną odpowiedzialnością , które oferują swoje usługi, ale nie dają żadnej rękojmi należytego poprowadzenia sprawy. Klienci mogą nawet nie wiedzieć, że takich firm nie obowiązuje – tak jak radców prawnych czy adwokatów – kodeks etyki zawodowej. Jeśli takie firmy podpiszą niekorzystną dla klienta ugodę, źle napiszą pozew albo z powodu ich zaniedbania sprawa się przedawni, nie poniosą z tego tytułu odpowiedzialności. Radca prawny, chociażby ze względu na najpoważniejsze konsekwencje zawodowe, jakie go mogą spotkać, nie pozwoli sobie np. na konflikt interesów, który może wystąpić, gdy pełnomocnik, działając w imieniu konsumenta, jest również powiązany z bankiem.

PSUCIE RYNKU

Mecenas Garlacz jest zdania, że wielu kredytobiorców nie wie, jaka jest różnica między kancelariąprawną a firmą, która oferuje „odfrankowienie” kredytu. – Takie firmy stawiają na jak największą liczbę klientów. Kuszą niskimi stawkami i pobraniem success fee. Ta strategia jest jednak obliczona na „odfrankowienie” kredytu. Wówczas bank zwraca kredytobiorcy konkretną kwotę, z której firma może pobrać success fee. Tyle że orzecznictwo idzie w kierunku nieważności umów kredytowych. Może się wówczas okazać, że kredytobiorca będzie musiał dopłacić bankowi kilkadziesiąt tysięcy zł. Co w takim wypadku z success fee? Firmy będą wystawiać klientom wezwania do zapłaty? – zastanawia się mec. Garlacz.

Dodaje, że korzystne dla klienta orzeczenie sądu to nie koniec sprawy. Pozostaje rozliczenie się z bankiem. Wykreślenie hipoteki, ewentualnie ustalenie salda na przyszłość, uzgodnienie i podpisanie ugody z bankiem. – Żeby owo rozliczenie okazało się korzystne dla klienta i odzwierciedlało orzeczenie, potrzebni są prawnik znający się na tych sprawach i indywidualne podejście. Wyroki, tak jak sytuacje finansowe czy rodzinne kredytobiorców,są różne, więc nawet jeśli moja kancelaria ma wypracowaną strategię w tej sprawie, to kwestię rozliczenia z bankiem rozpatrujemy zawsze indywidualnie. Kto doradzi klientowi firmy, która podjęła się „odfrankowienia” kredytu na etapie rozliczenia się z bankiem? Za doradztwo będzie on musiał dodatkowo zapłacić, o ile firma się go podejmie, a wtedy może się okazać, że koszty, jakie poniesie,są niemniejsze niż stawki renomowanych kancelarii – ocenia mec. Garlacz.

Zwraca uwagę, że rynek psują nie tylko firmy, które chcą szybko zarobić na dużym zainteresowaniu kredytobiorców pozwaniem banku, lecz także sami prawnicy. – Za sprawy frankowe biorą się radcowie i adwokaci, którzy specjalizują się w innych dziedzinach. Łatwo można ich zweryfikować, bo nie potrafią prawidłowo odpowiedzieć na proste pytania: do jakiegosądu złożą pozew; czy indeksacja to według nich główny czy dodatkowy przedmiot postępowania. Tymczasem to kluczowe odpowiedzi wskazujące na to, czy ktoś zna temat. Klient, wybierając kancelarię, powinien zadać nie tylko te pytania, ale i poprosić o wskazanie wygranych spraw w I i II instancji. Spotkałam się jednak z sytuacją, w której kancelaria podała sygnaturę wygranej przeze mnie sprawy jakowłasną. Jeszcze dwa lata temu do kancelarii zgłaszali się klienci oczytani, przygotowani merytorycznie. Dziś przy tak dużym zainteresowaniu już tak nie jest, wielu klientów nie wie, jak zweryfikować kancelarię. Nie wie, co będzie obejmował ich pozew, nie rozumie tych spraw. Efekt jest taki, że klient nie potrafi zweryfikować fachowości prawnika, a współpraca z niedoświadczonymi prawnikami w danym temacie psuje opinię klientów o wszystkich przedstawicielach naszego zawodu – mówi 
r. pr. Barbara Garlacz.Mecenas Radosław Górski też jest zdania, że w sprawach z bankami – a te na pewno będą walczyć z frankowiczami w sądach do końca – ważne jest doświadczenie. – Potrzebne są nie tylko wiedza z zakresu prowadzenia procesu sądowego, umiejętność właściwego sformułowana wniosków dowodowych w takiej sprawie, lecz także znajomość finansów i bankowości. To nie są proste sprawy, dlatego nie tylko powstałe na fali zainteresowania kredytobiorców spółki z o.o., lecz także prawnicy zajmujący się na co dzień innymi dziedzinami prawa mogą sobie z nimi nie poradzić. Większą szansę na sukces dają te kancelarie, które od lat zajmują się takimi sprawami i mają na koncie wyroki na korzyść swoich klientów – podkreśla.