Wyrok na Grzyba

0

Takie mamy czasy, że Władysław Frasyniuk, legenda pierwszej „Solidarności”, znów protestuje na ulicach i staje przed sądem.
Tylko że to już na szczęście jest inny sąd niż trzydzieści kilka lat temu.

Jacek Kuroń, nieżyjąca już legenda opozycji, mawiał, że jedyna biżuteria, jaką przystoi nosić prawdziwemu mężczyźnie, to kajdanki. I znał to uczucie, bo zakładano mu je nie raz. Podobnie jak Frasyniukowi, któremu dane było posmakować więziennego wiktu przez cztery lata między 1982 a 1986 rokiem. Ten kierowca wrocławskiego autobusu na początku lat 80. ubiegłego wieku odegrał ogromną rolę w tworzeniu i działalności dolnośląskiej opozycji. 13 grudnia 1981 r., po wprowadzeniu przez ekipę Wojciecha Jaruzelskiego stanu wojennego w Polsce, Frasyniukowi udało się uniknąć internowania i przez pewien czas się ukrywał. Wie, co to znaczy funkcjonować w podziemiu, używać pseudonimów, wie także, jak jest w zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze, gdzie trafił, gdy został schwytany. Za te zasługi po 1989 r. ojczyzna nagrodziła go mandatem poselskim oraz Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Udekorował go nim zresztą prezydent Lech Kaczyński w 2006 r.

Znów w opozycji

64-letni były dysydent mógłby już myśleć o emeryturze, ale najwidoczniej jeszcze na nią nie czas. Wobec sytuacji w kraju Frasyniuk znów jest częstym gościem w mediach, zaangażował się też w ruch Obywatele RP, który prowadzi pokojowy protest przeciwko zmianom zachodzącym w Polsce. I to zaangażowanie znów zaprowadziło go przed oblicze Temidy.

Obywatele RP spotykali się 10. każdego miesiąca, by protestować czy nawet próbować blokować przemarsz Traktem Królewskim spod warszawskiej archikatedry przed Pałac Prezydencki, jaki organizowany był w ramach miesięcznic smoleńskich, których organizacja dobiegła już końca, po 96 edycjach.

Ta z 10 czerwca 2017 r. była brzemienna w skutki. Tym razem bowiem Obywatele RP postanowili zablokować przemarsz. Kilkudziesięciu aktywistów zgromadzonych na wylocie z placu Zamkowego usiadło na chodniku, chwyciło się pod ręce i nie pozwalało przemaszerować uczestnikom miesięcznicy. Skończyło się na interwencji sił policyjnych, bo miesięcznica smoleńska to zgromadzenie cykliczne – w myśl uchwalonych przez Sejm przepisów – ma więc pierwszeństwo przed innymi.

Frasyniuk siedział wśród innych Obywateli. I jego policjanci wynieśli z trasy przemarszu. Za próbę blokowania miesięcznicy policja postawiła im zarzut utrudniania manifestacji cyklicznej. Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia, który ją umorzył, bo doszedł do wniosku, że obwinieni mieli prawo do tej formy protestu. Ale dla Frasyniuka sprawa jego manifestacji nie dobiegła końca. Najpierw mowa była o tym, że naruszył nietykalność cielesną odprowadzającego go policjanta, ale ostatecznie z procesu wyłączono do odrębnego postępowania jeden zarzut postawiony opozycjoniście. Dotyczył jednego zdarzenia, gdy – już jako zatrzymany – był legitymowany przez funkcjonariusza policji.

Otoczeni i spisani

Wszyscy zatrzymani uczestnicy kontrmiesięcznicy zostali otoczeni przez policjantów, a ich dokumenty – spisane. Przyszła więc kolej także na Frasyniuka. Ten nie okazał dowodu osobistego, a na pytanie, jak się nazywa, odpowiedział: Jan Józef Grzyb. To zresztą konspiracyjny pseudonim Frasyniuka, jeszcze z czasów solidarnościowego podziemia. Całe to zajście widać na powszechnie dostępnym filmie zamieszczonym w serwisie YouTube. Film stał się później dowodem w sprawie. Można więc zaobserwować, jak Frasyniuk mówi do policjanta: „Tamta władza miała w du… prawo, ta władza ma w du… prawo, ja też mam w du… prawo. Niech pan się uśmiechnie do kamery, bo kiedyś będą szukać pana. Pytany o swe dane Frasyniuk najpierw przedstawia się „Jan Kowalski, PiS i sprawiedliwość”. A potem – „Jan Józef Grzyb”. Mundurowy nie wpisuje tego w służbowym notatniku. Zauważa, że gdy protestujący byli zatrzymywani i doszło do zatrzymania Frasyniuka, tłum krzyczał: „Zostawcie Władka!”. „A więc ma pan na imię Włodzimierz albo Władysław – konkluduje młody funkcjonariusz, który zresztą – jak twierdził sam Frasyniuk – chyba orientował się, z kim ma do czynienia. „Władek to mój konspiracyjny pseudonim” – mówi jeszcze opozycjonista policjantowi.

Mogłoby się wydawać, że to zabawna scenka, ale finał miała całkiem poważny, bo policja skierowała do sądu wniosek o ukaranie Frasyniuka, zarzucając mu popełnienie wykroczenia opisanego w art. 65 § 1 pkt 1 kodeksu wykroczeń. Głosi on: „kto umyślnie wprowadza w błąd organ państwowy lub instytucję upoważnioną z mocy ustawy do legitymowania co do tożsamości własnej lub innej osoby, podlega karze grzywny”.

Sądowa statystyka rośnie

I tak wymiar sprawiedliwości został uszczęśliwiony kolejną sprawą, którą następnie wykaże w zestawieniach statystycznych. Proces Władysława Frasyniuka, kolejny po 36 latach, ruszył 26 lipca przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia. Sprawa przypadła sędziemu Łukaszowi Bilińskiemu. To już etatowy arbiter w procesach, w których występują oskarżeni Obywatele RP, uczestnicy antyrządowych protestów.

Poszło jak zwykle: oskarżycielka z policji odczytała treść zarzutu, a potem sąd przesłuchał obwinionego, który postanowił składać wyjaśnienia. Zaprzeczył, by próbował wprowadzić w błąd policjanta. Przypomniał, że tego dnia protestował przeciw łamaniu Konstytucji i praw obywatelskich, w tym prawa do demonstracji. Twierdził, że policjanci wiedzieli, z kim mają do czynienia, bo ich dowódca, polecając mundurowym dokonanie zatrzymań i usunięcie siłą demonstracji, miał wskazać, kto powinien zostać zatrzymany: Kasprzak (Paweł, lider Obywateli RP) i Frasyniuk. Według niego to dowód, że policja wiedziała, kogo wynosi. Jeszcze potem na uboczu wyższy szarżą mundurowy miał mu proponować, że wyprowadzi go w inne miejsce.

– Mówił: „panie Frasyniuk, po co panu kłopoty?”. Był też komendant główny – relacjonował obwiniony.

– To skąd ten Jan Józef Grzyb? – dopytywał sędzia Biliński.

– To mój pseudonim konspiracyjny z PRL. Chciałem pokazać groteskowość tej sytuacji – odparł Frasyniuk.

Wyjaśnił jeszcze, że odmawiał podania nazwiska, „bo policja nie podała powodów, dlaczego chce ode mnie dowodu”. Dokumenty pokazał dopiero, gdy zaczęli je pokazywać inni zatrzymani. Przyznał, że policjant, który wspierał przepytującego go funkcjonariusza, w którymś momencie pouczył go, że nieudzielenie informacji może go narazić na odpowiedzialność prawną.

– Liczył się pan z tym, że takie dane policja można uznać za prawdziwe? – pytał sędzia.

– Oni wielokrotnie powtarzali, że nie jestem Grzyb, a otoczenie mówiło „To Frasyniuk”. Miałem świadomość, że oni wiedzą, kim jestem i że nie chcę wprowadzić ich w błąd. Dałem im dowód, jak dali je koledzy – wyjaśnił.

Obrońca obwinionego dociekał, dlaczego w notatce funkcjonariusza sporządzonej po zajściach nie ma mowy o legitymowaniu Frasyniuka i o tym, że podawał fałszywe dane. Dlaczego policjant tego nie zapisał?

– Przypuszczam, że wtedy nie uważałem tego za istotne – zeznał policjant.

– Chciałem powiedzieć, że ten policjant zachował się przyzwoicie i jest mi przykro, że się go przesłuchuje, bo widać w materiałach, że przez przełożonych został potraktowany instrumentalnie. Ja chcę go za to serdecznie przeprosić – oświadczył po tych zeznaniach Frasyniuk.

Potem sąd przesłuchał jeszcze drugiego policjanta, który miał pouczyć obwinionego o odpowiedzialności prawnej za podanie fałszywych danych. Potwierdził zeznania kolegi i Frasyniuka.

Przed wydaniem wyroku sąd oglądał też nagranie filmowe z całego zajścia i analizował zapisy w służbowych notatnikach policjantów. Na koniec strony podtrzymały swe pierwotne wnioski. Policja chciała ukarania Frasyniuka, a jego obrona i on sam – uniewinnienia.

Wyrok

Sprawa skończyła się w pierwszej instancji po myśli obrony: stwierdzeniem niewinności Frasyniuka. Jak w ustnych motywach wyroku wskazał sędzia Biliński, z analizy dowodów w sprawie, w tym zeznań policjantów oraz wyjaśnień samego obwinionego, nie wynika, aby Frasyniuk w ogóle miał zamiar wprowadzić policjanta w błąd.

– Nie da się przyjąć, żeby ktokolwiek racjonalny mógł liczyć na to, że funkcjonariusze uwierzą w to, co mówi obwiniony. Ale postępowanie i występowanie z oskarżeniem w tej sprawie nie było celowe – uznał sąd.

Zapewne to nie koniec batalii prawnej w tej sprawie i będzie jeszcze odwołanie. Zresztą zapowiadają się też inne procesy z udziałem Władysława Frasyniuka. Najdonioślejszy w skutkach może się okazać czekający go proces karny – o rzekome naruszenie nietykalności policjanta. By postawić mu zarzuty w tej sprawie, policja kilka miesięcy temu zatrzymała go rano w mieszkaniu i skuła kajdankami. Potem sąd uznał, że takie skuwanie było bezprawne. Kiedy ta sprawa będzie mogła ruszyć – nie wiadomo.