Trudny bój o niewinność

0

Dziewięć lat. Tyle trwała prokuratorsko-sądowa batalia Krzysztofa Piesiewicza. Scenarzysta, wybitny adwokat i senator właśnie został prawomocnie uniewinniony. Czy to już koniec tej sprawy?

Czy odczuwa ulgę? Raczej nie. – Jestem umęczony. Muszę odszukać sens i ufność – mówił mediom po wyroku. Krzysztof Piesiewicz nie kryje, że cała ta przykra sprawa negatywnie zaważyła na życiu jego i jego rodziny. – Nie mogę powiedzieć, żebym był w najlepszym nastroju – dodaje. I trudno się dziwić.

Legenda palestry

Sprawa, choć zakończona pomyślnie, przez lata burzyła spokój tej wybitnej postaci naszego świata prawniczego – i nie tylko. Krzysztof Piesiewicz, z zawodu adwokat, w okresie stanu wojennego występował w procesach działaczy NSZZ „Solidarność”. Był obrońcą w procesach Konfederacji Polski Niepodległej, ludzi z Radia „Solidarność”. Bronił płk. Ryszarda Kuklińskiego. Do historii przeszła jego odważna mowa obrończa w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki, gdzie jako pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego, kierowcy kapłana Solidarności, sprzeciwiał się wnioskowi prokuratora o skazanie oskarżonych funkcjonariuszy SB na karę śmierci. Był najmłodszym z adwokatów stających w tym procesie. Obok niego, po stronie oskarżenia posiłkowego, prawdziwe sławy: Jan Olszewski, Andrzej Grabiński, Edward Wende… Spotka się z nimi po latach w polityce, choć nie będą już po tej samej stronie. Gdy Piesiewicz zasiadał w Senacie z ramienia Porozumienia Centrum (w kolejnych kadencjach – z poparciem Akcji Wyborczej Solidarność i Platformy Obywatelskiej), Jan Olszewski zostanie premierem, Edward Wende będzie senatorem i posłem Unii Wolności. Ale 10 lat wcześniej, w procesie zabójców ogłoszonego błogosławionym księdza Jerzego, wszyscy pełnomocnicy pokrzywdzonych zaprotestowali przeciwko wymierzeniu oskarżonym esbekom najsurowszej kary. Piesiewicz w swoim wiekopomnym wystąpieniu odwołał się do przykazania „nie zabijaj”, odzwierciedlającego szacunek do ludzkiego życia. – Uważam to ciągle za obowiązujące mnie. Nawet w tej sprawie, nawet wtedy, kiedy oskarżam, a nie tylko, kiedy bronię – przemawiał przed sądem w Toruniu.

Mecenas Piesiewicz przez wiele lat był członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej, ale ma też ogromne zasługi dla światowej kinematografii – jako współautor scenariuszy do 17 filmów Krzysztofa Kieślowskiego, w tym cyklu „Dekalog”. Była też trylogia „Trzy kolory” i „Podwójne życie Weroniki”. Film „Bez końca” to wielki i głęboki protest przeciwko karze śmierci. Tak, jak będący częścią „Dekalogu”, „Krótki film o zabijaniu”. W świecie europejskiego kina Piesiewicz jako scenarzysta jest znany i szanowany. Nie zapominajmy o nominacji do Oscara za „Trzy kolory – czerwony”. Nagrody film nie zdobył, ale od tego czasu Piesiewicz jest członkiem Amerykańskiej Akademii Filmowej i współdecyduje o Oscarach. Czy jego sprawa to temat na film? Jeśli tak, byłby to raczej dramat psychologiczny. I bez pewności, czy z happy endem.

Dziesięć lat temu musiał się zmierzyć ze sprawą, w której przychodził do sądu w innym charakterze niż obrońca czy pełnomocnik. Nagranie, na którym widać jak Piesiewicz w dziwacznym stroju zażywa biały proszek, w grudniu 2009 roku opublikował „Super Express”. Do zdarzenia miało dojść rok wcześniej. To był trudny czas w jego życiu osobistym, które musiał sobie urządzić na nowo. Senator spotkał się wówczas z dwiema kobietami: Joanną D. i striptizerką Joanną S. Okazało się, że ich spotkanie zostało skrycie zarejestrowane, czego efekty poniżony w ten sposób prawnik do dziś odczuwa. Filmy pojawiły się w sieci i odtwarzano je wiele tysięcy razy. Zanim do tego doszło, wielokrotnie Piesiewicz był szantażowany groźbą upublicznienia tych materiałów. Szantażysta kontaktował się z nim osobiście.

– Powiedział, że była zabawa i jest nagranie. Wtedy uświadomiłem sobie, że to prowokacja. Powiedział, że zdjęcia mogę odkupić za 1,5 mln zł. Odpowiedziałem, że to kompletny kosmos i zupełnie niemożliwe. Bo ja takich pieniędzy nie mam. On wyczuł grozę sytuacji i powiedział, że nie będzie już rozmawiał, że przyjdzie ktoś inny, bo on z tą sprawą nie chce mieć nic wspólnego. Nie straszył mnie – zeznawał senator w śledztwie.

Szantażyści wkrótce po publikacji tabloidu zostali ujęci przez policję, już kilka lat temu, i szybko osądzeni. Pamiętam tę sprawę. Gromadziła na sądowym korytarzu tabuny ciekawskich i dziennikarzy, chcących zobaczyć te kobiety oraz mężczyznę–szantażystę. Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością często jest rozczarowujące. Tak było i tym razem. Zobaczyliśmy ludzi zwyczajnych. Ani pięknych, ani demonicznie strasznych. Do sali sądowej wejść się nie dało. Rozprawy były niejawne z uwagi na charakter zarzutów. Sąd wymierzył im kary pozbawienia wolności. Zapewne już je odsiedzieli.

Usiłowanie nieudolne

„Sprawa Piesiewicza”, bo tak zaczęto o niej mówić, nie została jednak zamknięta na etapie szantażu wobec senatora. Zarzuty karne czekały też jego samego. Jeszcze w 2010 r. Prokuratura Okręgowa Warszawa–Praga wystąpiła do Senatu o uchylenie immunitetu Piesiewiczowi, ale Izba się na to nie zgodziła. Ówczesny premier Donald Tusk w oficjalnej wypowiedzi uznał to za błąd; komentował, że polityczna kariera senatora jest skończona. – Trudno sobie wyobrazić, żeby pełnił funkcje publiczne – mówił Tusk, dodając, że sprawą jest zażenowany. – Nie możemy bronić zachowań senatora Krzysztofa Piesiewicza, bo są one nie do obrony – ocenił. Niegdysiejsza sława palestry i polityk od tego czasu coraz rzadziej pokazywał się i wypowiadał publicznie. Jego dotychczasowe życie musiało się zmienić. Spełnienia w polityce nie było dane mu zaznać. A zapewne liczył na więcej niż senatorski fotel.

Jakby tego było mało, po decyzji Senatu o utrzymaniu immunitetu prowadzący śledztwo prokurator Józef Gacek w bezprecedensowym wywiadzie prasowym mówił, że „wszystko wskazuje na to, że Piesiewicz brał kokainę”. Odsłonił też inne bulwersujące szczegóły sprawy. Prokuratorzy czekali więc do zakończenia parlamentarnej kadencji senatora. Po jej zakończeniu przedstawili mu zarzuty i akt oskarżenia. Proces ruszył przed Sądem Rejonowym dla Warszawy–Żoliborza.

W pierwszym wyroku z grudnia 2013 roku sąd uniewinnił byłego senatora. Prokuratura złożyła jednak apelację i rok później ten wyrok został częściowo uchylony przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Sprawa wróciła do pierwszej instancji. Nadal była niejawna.

27 września 2016 roku, po ponownym procesie w pierwszej instancji, Sąd Rejonowy dla Warszawy–Żoliborza uznał byłego senatora za winnego i wymierzył mu karę 10,5 tys. zł grzywny. Obciążył go też 10 tys. zł kosztów sądowych. Przypisano mu „nieudolne usiłowanie posiadania 0,3 g kokainy”. Posiadana substancja nie stanowiła środka odurzającego lub substancji psychotropowej, których posiadanie było wówczas zabronione, czego oskarżony sobie nie uświadamiał – uznał sąd rejonowy. Inny zarzut dotyczył usiłowania udzielenia tej kokainy dwóm osobom. Wiadomo tylko tyle, bo rozprawy były niejawne, więc szczegółów poznać nie możemy.

Jawne jest natomiast, że od tego orzeczenia odwołały się obie strony procesu – zarówno obrońcy Piesiewicza, jak i prokurator. Pierwsi chcieli uniewinnienia swego klienta. Jak się dowiadujemy kwestionowali m.in. wątpliwy charakter konstrukcji prawnej zarzutu „usiłowania nieudolnego”. Prokuratura walczyła o zaostrzenie sankcji. Ich apelacje w maju rozpoznał wydział odwoławczy Sądu Okręgowego w Warszawie.

Niejednogłośne oczyszczenie

Trzyosobowy skład orzekający pod przewodnictwem sędziego Huberta Gąsiora zmienił wyrok I instancji i uniewinnił Krzysztofa Piesiewicza od stawianych mu zarzutów. Szczegółów motywacji sądu i tym razem nie możemy poznać – z uwagi na niejawny charakter sprawy.

Wiemy za to, że wyrok był niejednogłośny. Zdanie odrębne złożyła sędzia Joanna Grabowska, która nie zgadzała się na uniewinnienie. Oznacza to, że w naradzie sędziowskiej przeważyły głosy sędziego Gąsiora i trzeciej członkini składu orzekającego: sędzi Agnieszki Techman. Tak oto uprawomocnił się wyrok uniewinniający.

Jakie wywołał odczucia w uniewinnionym? Wiemy tylko tyle, ile zechciał powiedzieć mediom: że potrzebuje czasu i jest przybity. Można to zrozumieć. W 2013 roku wyszła książka „Skandalu nie będzie” – wywiad rzeka z Piesiewiczem autorstwa Michała Komara. W niej opowiedział szeroko o swym życiu i stanie ducha. Nawet wśród kolegów z palestry uchodził za nieco wyobcowanego. A po ujawnieniu tej sprawy stał się wręcz przygaszony i podłamany.

 

Zapomnieć

Dziś Krzysztof Piesiewicz spaceruje po warszawskim Żoliborzu, gdzie od lat mieszka. Wciąż jest obecny w mediach społecznościowych. Jego profil na Twitterze obserwuje 5,5 tysiąca osób. Każdego dnia pisze o sytuacji w Polsce i na świecie. Nie podobają mu się obecne rządy. Krytykuje naruszenia praworządności. Ostatnio zamieszczał tam linki z informacjami z Korei Północnej, o radykalnych ugrupowaniach na Słowacji, chwalił Pawła Pawlikowskiego za sukces jego filmu „Zimna wojna” na festiwalu w Cannes, podawał dalej informację o niekorzystnym dla PiS, a korzystnym dla opozycji, sondażu wyborczym… A o wyroku ani słowa. Chciałby już do tego nie wracać. Ale czy da się o tym zapomnieć?

Czy to kończy tę sprawę? Czy też prokuratura nie złoży broni i w nadzwyczajnym trybie odwoła się do Sądu Najwyższego?