Cała Polska widziała, ale czy zrozumiała?

0

To była jedna z najgłośniejszych sędziowskich spraw dyscyplinarnych ostatnich lat. A sędzia, ostatecznie uniewinniony, przeżył prawdziwy roller-­-coster. W pierwszej instancji był już poza zawodem, druga przywróciła go do stanu sędziowskiego.

Marzec 2017 roku, stacja benzynowa pod Sochaczewem. Dzień jak co dzień, ludzie tankują paliwo do swoich samochodów, potem wchodzą do pawilonu handlowego, może biorą coś jeszcze z półek, idą do kasy, płacą, wychodzą. Zdarzają się też oczywiście ludzie nieuczciwi, którzy tankują i uciekają, ukrywają rzeczy zabrane w sklepie i starają się nie zapłacić za nie. W naszej historii w kolejce stoi kobieta, która kładzie na ladzie banknot 50 zł, a obok niej mężczyzna płacący za swoje zakupy. Zabiera wydaną mu resztę i leżący obok banknot należący do tamtej kobiety. Wkłada go do kieszeni, a potem przekłada do portfela. Następnie odchodzi.

Wszystko widziały kamery monitoringu, działające dziś chyba na każdej stacji benzynowej. Wystarczy połączyć widok wychodzącego mężczyzny z numerami rejestracyjnymi samochodu, którym się porusza i policja ma trop wiodący do ustalenia kim jest ten człowiek. Tak było i tym razem. Okazało się, że mężczyzną z banknotem jest… sędzia, a konkretnie wiceprezes Sądu Rejonowego w Żyrardowie, Mirosław Topyła.

Kradzież 50 zł jest wykroczeniem i każdy „zwykły człowiek” odpowiadałby za nie przed sądem według procedury wykroczeniowej. Groziłoby więc mu upomnienie, grzywna lub w najgorszym razie, zarezerwowanym dla szczególnych przypadków, miesięczny areszt. Ale sędziów to nie dotyczy, bo za wykroczenia nie odpowiadają tak jak wszyscy. Ale to nie znaczy, że nie odpowiadają wcale. Grozi im bowiem odpowiedzialność dyscyplinarna. I to – wbrew obiegowej opinii – nie jest tylko groźbą iluzoryczna.

Szybka reakcja

Wobec sędziego Topyły natychmiast zareagował minister sprawiedliwości. Swoją decyzją, do której ma ustawowe prawo, odsuwa sędziego od obowiązków służbowych i żąda podjęcia wobec niego czynności dyscyplinarnych.

Sprawa staje się głośna na cały kraj, głośno o niej w mediach.

Sprawa trafia do Sądu Apelacyjnego w Łodzi, który w tym wypadku działa jako sąd dyscyplinarny I instancji. Tam dowiadujemy się, że sędzia Topyła nie przyznaje się do kradzieży. Zapewnia, że doszło do fatalnej w skutkach pomyłki, że w żadnym razie nie zamierzał okraść tamtej kobiety, a cudze pieniądze zabrał z lady „nieświadomie”. Sąd bada sprawę, ogląda nagranie z monitoringu. Na koniec rzecznik dyscyplinarny wnosi o wymierzenie obwinionemu najwyższej kary: złożenia z urzędu sędziego.

Maksymalna kara

I łódzki sąd taki wyrok wydaje, w lipcu 2017 r. Uznaje, że nie było to nieświadome działanie. Na dowód sąd przywołuje nagranie z monitoringu, gdzie widać, jak sędzia sięga po banknot, wkłada go do kieszeni, a potem przekłada do portfela. Tak nie robi osoba, która zabiera coś przypadkiem – uznaje skład orzekający dodając, że tak postępujący sędzia nie jest godny tego zawodu i powinien być z niego usunięty.

Dla obwinionego wyrok tej treści oznacza utratę wszystkiego, na co przez lata pracował: nie tylko funkcji, ale także prawa do stanu spoczynku i immunitetu. Z taką dyscyplinarną kartą trudno też o przyjęcie do adwokatury czy radców prawnych. Także w opinii publicznej wyrok usunięcia z zawodu to jak śmierć cywilna. Dlatego nie składa broni i pisze apelację do Sądu Najwyższego.

Rozpoznał ją trzyosobowy skład pod kierunkiem sędziego Wiesława Kozielewicza, bodaj największego specjalisty od postępowań dyscyplinarnych. Sprawozdawcą była sędzia SN Agnieszka Piotrowska.

Obrona postanowiła wykazać, że sędzia Topyła postępuje w życiu zupełnie nienagannie, ale jest nieco „zakręcony”. I stąd ta fatalna pomyłka. Przywoływano zdarzenia z czasu jego studiów, gdy miał znaleźć czyjś portfel pełen pieniędzy i go zwrócić.

Kto z nim jechał?

Co ciekawe, i być może nie bez znaczenia w tej sprawie, dowiedzieliśmy się też z kim i po co tego marcowego dnia podróżował sędzia Topyła. A było to zdarzenie niecodzienne, bo udawał się do specjalnej sali sądu w Łodzi, by przesłuchać świadka incognito w procesie, który prowadził. Była to dla niego pierwsza taka sytuacja w kilkunastoletniej karierze sędziego. Na to przesłuchanie jechał razem z prokuratorem oraz pracowniczką sądu. I to wówczas miało dojść do incydentu na stacji benzynowej w Wężykach pod Sochaczewem.

Prokurator i urzędniczka sądowa zostali w tej sprawie przesłuchani jako świadkowie. Podobnie jak kobieta, której banknot zabrał Topyła i pracownicy stacji. Sąd klatka po klatce oglądał materiał video z monitoringu. Wezwano też biegłych, by ocenili osobowość obwinionego.

Po ostatniej rozprawie (jedna toczyła się z wyłączeniem jawności) przyszedł czas na mowy końcowe. I tu zaskoczenie: swoje stanowisko procesowe zmienił rzecznik dyscyplinarny sędzia Joanna Cieślak. Wniosła o zmianę wyroku I instancji i uniewinnienie sędziego. O to samo, rzecz jasna, walczyli jego obrońcy. – Nie zaglądając w duszę sędziego trudno stwierdzić, że rzeczywiście sięgnął po nie swoje 50 zł z lady na stacji benzynowej – przekonywali.

Składam swoje życie w ręce sądu – mówił Topyła, który od początku zgadzał się na to, by w mediach podawać jego nazwisko i pokazywać twarz. Twierdził, że po zdarzeniach z jego udziałem stracił wiarę w sprawiedliwość, na wszystkim cierpi też jego rodzina. Na koniec życzył SN „odwagi” w podejmowaniu decyzji w jego sprawie.

Wyrok ogłoszono 20 lutego. SN zmienił orzeczenie I instancji i uniewinnił sędziego, który tym samym może wrócić do orzekania.

Sąd Najwyższy wykazał, czemu orzeczenie pierwszej instancji nie mogło się ostać. Choć – przyznajmy – „roztargniony” to nie jest raczej komplement dla sędziego. I druga kwestia: nie mam żadnej pewności, czy wyrok brzmiałby tak samo, gdyby – co czeka nas już wkrótce – sprawą zajmowała się nowo tworzona Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, w której orzekać mają sędziowie z ławnikami. Czy i dla nich będzie oczywiste, że monitoring to za mało, jeśli nie da się ustalić zamiaru?

Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zapowiedział przygotowanie projektu zmian w ustawie o sądach powszechnych, na podstawie których z mocy prawa nastąpi utrata urzędu i stanowiska sędziego, któremu zostanie udowodniona kradzież. Popełnienie takiego czynu przez sędziego ma automatycznie skutkować usunięciem go z zawodu z chwilą skazania. Sądy nie będą w takich przypadkach miały możliwości złagodzenia kary dla sędziego sprawcy – w razie uznania jego winy – jak to ma obecnie miejsce. Kradzież w powszechnej opinii jest bowiem czynem tak wysoce nagannym moralnie, że dalsze pozostawanie w zawodzie sędziego złodzieja urąga dobru wymiaru sprawiedliwości i poczuciu sprawiedliwości społecznej.

Redakcja „Radcy Prawnego”