Karnawał ograniczony przepisami

0
Fot. www.lisak.net.pl/blog/

Okres pomiędzy Świętem Trzech Króli a Środą Popielcową w XIX w. to było kilka tygodni nierealnego życia, które wszystko przewracało do góry nogami. Miasta takie jak Kraków czy Warszawa stawały się małą Wenecją. Władze zaborcze starały się ograniczać zakres zabawy, wydając specjalne rozporządzenia regulujące te kwestie.

W XIX w. szał tańca w miastach był umiejscowiony w czasie. Bawiono się w okresie czterech do dziewięciu tygodni karnawału. Jak wynika z doniesień prasowych, w balach potrafiło uczestniczyć nawet 600 osób, w dodatku nieraz trwały one do białego rana. Z tego też powodu na porządnych zabawach w cenę biletów wliczone było także śniadanie. Jak wspomina Tadeusz Boy-Żeleński, pot lał się tańczącym z czoła, kołnierzyk na szyi przypominał mokry sznurek, „przy zmianie koszuli (bo wytrawni tancerze brali z sobą zapasowe) można było wyżąć z niej kubeł wody”[1].Społeczeństwo żyło jak w letargu i nikt pracodawcy nie musiał tłumaczyć się ze zmęczenia. Kraj pełen był danserów, którzy „za godzinę, ledwie zdoławszy się trochę obmyć, pójdą wpół przez sen, z ciężką głową sądzić, leczyć, operować, wykładać, egzaminować”[2].

Karnawał to było wielkie wydarzenie przyciągające mieszkańców także innych miejscowości. Z pobliskich miasteczek i majątków ziemskich zjeżdżały się do dużych miast rodziny z całą piramidą bagaży. Wieziono ze sobą pudła pełne kapeluszy, walizy z sukniami, żelazkami do kręcenia włosów i innymi fraszkami, bez których elegantki nie mogły obejść się w towarzystwie. Wynajmowano pokoje hotelowe i mieszkania. A wszystko po to, by przez kilka tygodni otrzeć się o wielki świat, rzucić w wir zabawy i umożliwić córce znalezienie męża. Bale wydawane w miastach to były istne targi matrymonialne, podczas których dziewczęta starały się „złapać męża dekoltem”,jak wtedy mawiano. Eliza Orzeszkowa pisała, że widok panien na wydaniu bywał żałosny, gdy wyprawiały „po śliskich salonach gonitwy małżeńskie”[3].Te„miłosne operacye”odbywały się pod czujnym okiem matek, które, siedząc pod ścianą, obserwowały córki i pilnowały ich przyzwoitości. Gdy 
w domu brakowało kobiet, ten dość wątpliwy zaszczyt przypadał mężczyznom. Ferdynand Hoesick wspomina jako to „stary Matejko, biedak, przypatrując się córkom, jak się bawiły doskonale, jak w tańcu przechodziły z rąk do rąk, bo miały ogromne powodzenie, musiał siedzieć do 7-ej rano, zamiast spać smacznie…”[4].

Duża liczba przyjezdnych i powszechne zainteresowanie zabawą sprawiały, że w karnawale kwitł „przemysł karnawałowy”. Miasto obklejano afiszami informującymi o możliwości nabycia: wiązanek kwiatów balowych, sukien i gorsetów balowych, masek… W prasie ogłaszali się fryzjerzy, „kostyumerzy”, wypożyczalnie powozów, cylindrów, strojów… W „Kurierze Warszawskim” z 3 stycznia 1840 r. można przeczytać, że u fryzjera Zajączkowskiego w Teatrze Wielkim znajdują się stroje domina i inne kostiumy, peruki, brody i loki, a wszystko do wynajęcia. Niekiedy dla większej zachęty dodawano, że stroje są w „najświeższym”guście i w dodatku po cenach „miernych”.

W gazetach informowano na bieżąco o „życiu balowym”, opisując liczbę uczestników i „ochoczość zabawy”. Opisywano też epizody typowe dla tamtych czasów ‒ oto ktoś 
z kimś się pobił, innym razem „kulturalnie” wyzwał na pojedynek, jeszcze innym razem zapaliła się suknia damy od papierosa. W prasie nie mogło też zabraknąć informacji, kto jak był ubrany, kto zachwycił, a kto został królową balu. Wszystko to wskazuje, jak ważnym wydarzeniem były bale w życiu mieszkańców miast.

Okres pomiędzy Świętem Trzech Króli a Środą Popielcową to było kilka tygodni nierealnego życia, które wszystko przewracało do góry nogami. Miasto takie jak Kraków czy Warszawa stawało się małą Wenecją. Do tego ulice zakorkowane były przez powozy czekające całą noc na powrót jaśniepaństwa. Z uwagi na brak znaków i deficyt przepisów o ruchu drogowym na plakatach zapraszających na bale i teatralne sztuki nieraz podawano kierunek zajeżdżania pod budynek, dla zachowania porządku. I tak też na jednym z nich z 1840 r. czytamy, że „powozy zajeżdżać będą przez Ulicę Floryańską koło S. Scholastyki w Bramę, aż przed Salę”. Inny plakat z 1844 r. informował, że „pojazdy zajeżdżać będą przez ulicę Szewską w przecznicę przed teatr, a wyjeżdżając ulicą Szczepańską na Rynek”. Były to jednak rozwiązania niewystarczające. W szalonym wirze zabawy nie można było funkcjonować przez cały rok. 
W drodze przepisów administracyjnych należało ograniczyć je do rozsądnych rozmiarów. W 1826 r. wydane zostało rozporządzenie władz austriackich, które stwierdzało, że „bale maskowane”i reduty mogą odbywać się jedynie w okresie karnawału, natomiast w pozostałej części roku wyjątkowo i to za zezwoleniem władzy zwierzchniej. Przepis ten dotyczył tylko balów publicznych. W domach prywatnych „walcowano”przez cały rok, wyjąwszy ważniejsze święta kościelne i narodowe.

O innym dość osobliwym akcie prawnym związanym 
z karnawałem przeczytać można we wspomnieniach Józefa Wawela-Louisa z 1850 r. Któregoś dnia, spacerując ulicami Krakowa, zobaczył „wielki plakat rządowy”rozlepiony na rogach ulic, a przed nim grupki ciekawskich (cóż za praktyczny sposób podawania do wiadomości przepisów). Jak pisze, „widzę rozporządzenie C(esarsko) K(królewskiej) Generalnej Komendy i myślałem, że zobaczę jakąś ustawę krajową. Ku wielkiemu zdziwieniu jednak znalazłem, że c.k. naczelna komenda podaje do wiadomości publicznej porządek tańców na balach i tak np. polonez, nasz taniec narodowy, może trwać tylko ½ godziny, potem walc…”[5].   Nie tylko władze zaborcze starały się ograniczać zakres zabaw. Po tragicznych wydarzeniach z lat 1846‒1848 nastawione patriotycznie grupy aktywistów oczekiwały, że mieszkańcy Krakowa zrezygnują z tańców, dopóki nie dojdzie do odzyskania niepodległości. Z czasem rygory te zaczynały coraz bardziej ciążyć, trudno było żyć samą żałobą. Jak pisał w 1850 r. wspomniany wcześniej Józef Wawel-Louis, bawiono się nadal, trzeba było jednak „uważać, aby oświetlenie pokojów nie było widzialne z ulicy, żeby nie było słychać muzyki pianina, gdyż zachodziła obawa wybicia szyb przez ulicznych patriotów. Zdarzało się także często, że gdy zauważono wieczorem osoby udające się na zabawę, napastowano je. Utworzyło się nawet towarzystwo zapaleńców, którzy każdego wieczoru chodzili po mieście, podpatrywali osoby idące na najniewinniejszą nawet zabawę i z efronterią (arogancją) je zaczepiali”[6].


[1]Boy o Krakowie, Kraków 1968, s. 214.

[2]T.  Boy-Żeleński, Reflektorem w mrok, Warszawa 1984, s. 339–344.

[3]E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach, s. 266, cyt. za A. Górnicka-Boratyńska, Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji…, Izabelin 2001, s. 59.

[4]F. Hoesick, Powieść mojego życia, t. I, Wrocław–Kraków 1959, s. 438.

[5]Pamiętniki krakowskiej rodziny Louisów 1831–1869, Kraków 1962, s. 222.

[6]Ibidems. 222-223.