Bez dobroczynności nie siadajcie do wigilijnego stołu

0

„Idą święta, idą święta…” śpiewano w jednej z piosenek. Zapewne kolejne, które przeżyjemy w pośpiechu, wykonując szereg rutynowych czynności i wypowiadając sporo utartych formułek. A wszystko po to, by przekonać siebie, że jesteśmy blisko naszych bliskich, choć tak naprawdę jest nam do nich daleko jak stąd do wigilijnej gwiazdki – tysiące lat świetlnych, a może jeszcze dalej. 

W galeriach handlowych jak co roku mnóstwo choinek, krzykliwych reklam i neonów. A my w ferworze zakupów biegamy między stoiskami, by perfumami z promocji lub jedwabną apaszką oczarować bliskich po wigilijnej kolacji. Kochamy rodzinę, więc wkładamy w to całe swoje serce. Prosimy sprzedawcę, by prezenty zapakował w piękny papier z mikołajem, dzięki czemu nasze święta będą jeszcze bardziej kolorowe. 

A może by tak zamiast prezentów z plastiku podarować bliskim siebie i swój czas? Kupić bilety do teatru, cyrku lub zaproszenia na degustację win dla rodziców (już tak dawno nie wychodzili wspólnie w weekend z domu) czy też bilet do papugarni dla dzieci. Jeżeli już koniecznie chcemy podarować jakąś rzecz, postarajmy się, by było to coś, co zmieni nas na lepsze. Kupmy książkę, rodzinną grę, dzięki której więcej czasu spędzimy ze sobą, narty, łyżwy lub zestaw do nauki malowania dla córki.

Jesteśmy dobrze wychowani, więc w tym szczególnym dniu życzymy całemu światu Wesołych Świąt – pani ze stoiska z karpiami, a nawet sąsiadce z pierwszego piętra, której nie zauważamy na co dzień. Choć tak naprawdę nie interesuje nas to, czy będą dla nich wesołe. Gdyby było inaczej, zwrócilibyśmy uwagę, że sąsiadka mieszka sama, a syn od lat nie zaprasza jej na wigilię. 

Dzień dobrych uczynków

Więc może zamiast życzyć wszystkim Wesołych Świąt, zastanówmy się, co możemy zrobić, by takie faktycznie były. Niech Boże Narodzenie stanie się dniem dobrych uczynków. Dołóżmy do kupionego w pośpiechu prezentu po jednym z nich. Pomyślmy także o dobrych uczynkach dla innych. Siądźmy z dziećmi i zastanówmy się, co by to mogło być. Może zaniedbanemu psu z sąsiedztwa należałoby kupić nową budę, oddać zabawki do domu dziecka, karmę do azylu dla zwierząt, niepotrzebne książki do wiejskiej biblioteki… Czas najwyższy zostać świętym mikołajem, ale nie takim, który nocą skrada się do pokoju, by pod poduszkę włożyć najnowszy zestaw klocków Lego. Jak zauważono w jednym z numerów „Biesiady Literackiej” z 14 grudnia 1879 r., bez dobroczynności „nie siadajcie do stołu. Bez ofiary nie łamcie się opłatkiem, nie składajcie życzeń noworocznych (…). Dajcie, co dać możecie, podzielcie się z nędzarzami i wówczas dopiero zasiądźcie do stołu, wówczas dopiero spójrzcie ku Betlejemskiej Gwiazdce”. 

Gdy na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka, dzielimy się opłatkiem. Wystrojeni i zaprasowani w kant przemawiamy ludzkim głosem. Życzymy sobie zawsze tego samego: zdrowia, wszystkiego, co najlepsze, a dzieciom, by miały dobre oceny w szkole. W swoim zabieganiu przed wigilią znów nie pomyśleliśmy o naszych bliskich i o tym, czego można by dla nich pragnąć, więc powinszowania wypadają jakoś blado. Znów chroniczny brak czasu zastępujemy rutyną. 

Postanówmy, że zdrowia i wszystkiego, co najlepsze, pragniemy dla siebie przez cały rok, a na święta mamy coś wyjątkowego. Pomyślmy o innych, o tym, czego im brakuje, i jakie mają marzenia. Wypowiedzmy choćby jedno życzenie, ale osobiste, dopasowane do osoby, z którą właśnie łamiemy się opłatkiem. A może po prostu przy tej okazji porozmawiajmy, powiedzmy, dlaczego wybraliśmy takie powinszowania. Jeżeli będzie nam za mało, dołóżmy do tego obietnicę lub postanowienie. „Obiecuję, że będziemy cię odwiedzać” – powiedzmy starszej, samotnej cioci, którą widujemy raz do roku. Słodycz żadnych czekoladek, choćby zapakowanych w złoty papier, nie zastąpi radości płynącej z bliskości drugiego człowieka. Obiecajmy sobie, że w jeden dzień w tygodniu będziemy jeść wspólnie obiad. Obiecajmy dziecku, że będziemy mu czytać więcej książek albo więcej z nim rozmawiać, przywożąc ze szkoły.

Wróćmy do źródeł

By dopełnić obrazu świąt idealnych, pamiętamy też o choince. Żurnale podpowiadają, jak powinna wyglądać w tym roku, by być trendy. W ostatnich latach królowała moda na choinki jednokolorowe. Motylki, kwiaty magnolii, egzotyczne ptaszki… Istna piramida ozdób, spod których nie widać drzewka. Prawdziwa feeria kolorów i plastiku. Ale czy może być coś piękniejszego? Gdy taka choinka dobrana do koloru zasłon spogląda na nas z kąta, staje się źródłem prawdziwego szczęścia. Dzięki niej mamy poczucie, że jesteśmy wybrańcami losu, bo oto spędzamy Boże Narodzenie w wersji „na bogato”. Nie proponuję, by tak od razu rozstać się z tym przedmiotem świątecznego kultu. Ale może czas najwyższy pomyśleć o drugiej, skromnej choince w pokoju obok, która stanie się symbolem zmian, jakie w nas zaszły. Postanówmy, że wszystkie ozdoby na nią zrobimy sami. Niech wygląda tak, jak wyglądały drzewka 150 lat temu. Upieczemy ciastka w kształcie mikołajów, pokryjemy je lukrem, na gałązkach powiesimy laski cynamonu, jabłka i zasuszone w piekarniku plasterki pomarańczy. Znajdźmy w internecie pomysły na tradycyjne, ręcznie robione ozdoby. Siądźmy w weekend wspólnie przy stole i zróbmy je razem. 

Pani domu razem z przyjezdnymi krewnymi (…) ubierała drzewko w różnego rodzaju ozdoby własnej produkcji – łańcuchy, anioły, gwiazdy, pierniczki. Nie wieszano modnych już w miastach bombek szklanych, uważając je za mało gustowne i pachnące obcą kulturą”[1].

Ze wspomnień Andrzeja Laudowicza z 1938 r.

Wróćmy do źródeł, niech nasze święta i relacje międzyludzkie znów będą w stylu vintage i eko. Przynajmniej w tym dniu zatrzymajmy się na chwilę i siądźmy obok. Tak abyśmy kiedyś pod koniec swojej drogi, po której raczej biegamy niż chodzimy, nie mówili z żalem: „Chciałem przeżyć życie. Nie zdążyłem”.

***

Jak wspominał Karol Hoffman, w XIX w. bywały domy tak biedne, że nie było w nich nawet choinek. „Przejeżdżaliśmy przez miasto. W wielu oknach gorzały światła świeczek woskowych na choinkach, w innych, choć tam mieszkali katolicy z drobną dziatwą, szaro było i smutno”. 

W czasach tych należały do rzadkości sytuacje, gdy ubogie dzieci poznawały zwyczaje świąteczne, zaglądając przez okna do bogatych domów, jak powyżej na obrazie angielskiego malarza Augustusa Mulready’ego (1844–1904).

***

Dwa kolejne obrazy Augustusa Mulready’ego przedstawiają ubogie dzieci sprzedające kolędy. 

„Na choinkę przyszła popatrzeć wraz ze służbą córka stróża Jana. Była ona oczarowana kompletnie, z rozdziawioną buzią, wielkiemi oczyma utonęła w jodełce, nie wiedząc o Bożym świecie. Pozrywałem najpiękniejsze okazy z drzewka i napełniłem niemi jej fartuszek. Dziewczynka nie posiadała się z radości. (…) Choinka moja niechże przyniesie rozkosz tej biednej dziewczynce, skoro mnie przyniosła rozwagę” – pisał dalej Karol Hoffman.


[1]    A. Laudowicz, Ostatnie święta we dworze, „Wiadomości Ziemiańskie” 2002, 18 grudnia, s. 2.