W chwilach próby

0

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Słowa te przywodzą na myśl zdarzenia sprzed 65 lat, z 8 lutego 1955 r., kiedy to w jednym z warszawskich baraków hotelowych o nazwie Metrobud owprzy ul. Włościańskiej 52 wybuchł tragiczny w skutkach pożar.

To wówczas Ludwika Wawrzyńska, nauczycielka w szkole ogólnokształcącej Towarzystwa Przyjaciół Dzieci nr 10 przy ul. Młynarskiej 2 Warszawie, wybiegając z płonącego budynku, usłyszała dochodzący z jednego z pomieszczeń krzyk zamkniętych w nim dzieci. Siekierą roztrzaskała drzwi, a następnie zaczęła wyprowadzać i wynosić zaczadzonych: sześciomiesięczną Anię Sowul, jej dwuletniego brata Rysia, najstarszą z tego rodzeństwa trzyletnią Elżunię oraz trzyipółletniego Marka Kazimierczaka. Niestety podczas tych zdarzeń sama Ludwika Wawrzyńska doznała tak ciężkich poparzeń, że pomimo udzielenia jej jak na owe czasy bardzo specjalistycznej pomocy nie udało się uratować jej życia: zmarła 10 dni później w klinice Instytutu Hematologii przy ul. Chocimskiej 5 w Warszawie. Grozy sytuacji dopełnia fakt, że matka trójki z uratowanych dzieci, nie wiedząc, że te są już bezpieczne, wbiegła do objętego ogniem mieszkania i spłonęła żywcem.

Może nie każdy z nas pamiętał szczegółowo wspomniane wyżej wydarzenia, ale chyba nikomu w Polsce nie jest obcy przejmujący wiersz Wisławy Szymborskiej, który utrwalił w pamięci zbiorowej postać dzielnej nauczycielki: „Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej”. Dziś, w tak trudnych czasach narastającego lęku przed rozprzestrzeniającym się koronawirusem (o jakże naukowej nazwie SARS-CoV-2, wywołującym chorobę o równie beznamiętnej nazwie COVID-19), warto go sobie przypomnieć, bo poza piękną formą poucza on nas, że człowieczeństwo to nie tyle słowa i wyobrażenia, ile przede wszystkim czyny. Bo przecież także Ludwika Wawrzyńska „chciała kupić bilet, wyjechać na krótko, napisać list, okno otworzyć po burzy, wydeptać ścieżkę w lesie, nadziwić się mrówkom, zobaczyć, jak od wiatru jezioro się mruży”, ale gdy przyszedł ten moment podjęcia egzystencjalnej decyzji, zdołała „odwyknąć nagle od siebie, od porządku dnia i nocy, od przyszłorocznych śniegów” czy od „żalu za miłością, której nigdy nie dosyć”, po to, aby pomóc innemu, drugiemu człowiekowi. Łatwo jest mniemać, łatwo jest przekonywać samego siebie, że 
w analogicznej sytuacji zachowałbym się podobnie. Lubimy myśleć o sobie jako o kimś zasadniczo dobrym, godnym zaufania, rzetelnym, kto w chwili próby zachowa się jak Ludwika Wawrzyńska. Dlaczego miałbym postąpić inaczej, jeżeli przecież „Jestem naocznym świadkiem lotu chmur i ptaków, słyszę, jak trawa rośnie, i umiem ją nazwać”, jeżeli potrafię odczytać „miliony drukowanych znaków” i wodzić „teleskopem po dziwacznych gwiazdach”. Ale tu Szymborska z trzeźwym osądem zwraca nam uwagę: „tylko nikt mnie dotychczas nie wzywał na pomoc”. A gdyby wezwał? Czy wówczas nie okazałoby się, że ważniejsze dla nas są inne sprawy? Że niczym zaproszeni na ewangeliczną, królewską ucztę jedni nie poszliby na swoje pole, a drudzy do swego kupiectwa? Albo czy nie okazałoby się, że istotniejsze dla nas są wspomniane przez Szymborską liść, suknia czy wiersz?

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – konkluduje poetka niepewna „swego nieznanego serca”. Żyjemy w czasach, gdy związany z panoszącym się koronawirusem lęk przed chorobą, cierpieniem i śmiercią (ze wszech miar – co trzebapodkreślić – ludzki i bardzo naturalny) może nas wszystkich od siebie odseparować i podzielić. Nie namawiam nikogo, aby wskakiwał do płonących pomieszczeń ani aby niczym św. Roch zajmował się chorymi na zakaźne choroby. Niemniej jednak warto na chwilę się zatrzymać i zastanowić, czy nie można komuś pomóc w potrzebie, drobnym czasem gestem. Na przykład małej Mii, o której mogą Państwo przeczytać w tym numerze „Radcy Prawnego”.