Sukcesja w kancelarii

0

Dawno, dawno temu, a może niedawno, gdzieś w centralnej Polsce do jednoosobowej kancelarii radcy prawnego zgłosił się na letnią praktykę student wydziału prawa miejscowego uniwersytetu. Opinię miał dobrą: zdolny i pracowity młody człowiek, który zwraca na siebie uwagę. Już pierwsza zlecona mu praca polegająca na samodzielnym napisaniu pisma procesowego w skomplikowanej sprawie cywilnej w pełni to potwierdziła i pokazała, że ma w sobie zadatki na dobrego prawnika. Kancelaria zawarła z nim umowę na dalszy okres. 

Po skończeniu studiów z wyróżnieniem dostał się na aplikację radcowską. Jeszcze przed końcem aplikacji właściciel kancelarii, którego dzieci nie były prawnikami, szukając sukcesora, postanowił, że zaproponuje młodemu człowiekowi wspólny interes – spółkę partnerską radców prawnych. On wnosił swoją pozycję na rynku, klientów i zorganizowane biuro wraz z całym niezbędnym zapleczem technicznym i personalnym. Partner miał wnieść młodość, energię oraz zapał do budowania przyszłości kancelarii. 

Nie obeszło się bez komplikacji. Młody człowiek w międzyczasie się ożenił. Radcą prawnym była również jego wybranka, która od jakiegoś czasu także pracowała w tejże kancelarii. Bardzo dobry prawnik, dokładny i precyzyjny w pracy. Urzekała bystrym spojrzeniem na klientów i ich sprawy oraz unikalnymi zdolnościami opisywania ludzi i zdarzeń. Nie ukrywała, że ma zamiar prowadzić normalny dom z dziećmi i niedzielnymi obiadami, równocześnie nie zamierzając rezygnować ze swoich zawodowych ambicji. Dawała się lubić, choć czuło się z jej strony brak szczerości i dystans. 

Do życia została powołana spółka partnerska radców prawnych. Zespół, który tworzyli, reklamował się na rynku jako połączenie doświadczenia z młodością. Pozyskiwanie nowych klientów nie było jednak łatwe, zwłaszcza klientów korporacyjnych o dużym zakresie problemów prawnych i wysokich apanażach. W tej dziedzinie największą rolę odgrywali klienci mecenasa seniora. Z kolei jego młodzi partnerzy przyprowadzali do kancelarii drobnych klientów, w pojedynczych sprawach. Z czasem liczba tych spraw była na tyle duża, że zaczęła równoważyć przychody uzyskiwane z korporacji. 

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że budowanie takiej wspólnoty biznesowej pomiędzy założycielem kancelarii a jego wybranymi współpracownikami często kończy się jego porażką. Najczęściej spotykany scenariusz to sytuacja, w której młodzi współpracownicy po kilku latach współpracy porzucają kancelarię i odchodzą, zabierając ze sobą klientów. Jedną z metod, która czasami skutecznie przed taką sytuacją broni, jest przyznanie młodym współpracownikom jak największych udziałów na etapie tworzenia spółki. Takich, żeby im się nie opłacało odchodzić. I taki właśnie wariant zastosował senior założyciel: zgodził się oddać swoim wspólnikom ponad połowę udziałów. Zastrzegł jednak w odrębnym porozumieniu określającym wzajemne prawa i obowiązki partnerów, że będzie stopniowo wycofywał się z pracy merytorycznej. Uprawnienie to dotyczyło wyłącznie jego. Z czasem kancelarię mieli przejąć w całości młodzi wspólnicy. Taki szczególny rodzaj sukcesji. Porozumienie zostało podpisane przez wszystkich.

Spółka nie zanotowała jakiegoś szczególnie dynamicznego rozwoju, ale uzyskiwane dochody systematycznie rosły. Zaczęła zatrudniać pracowników i współpracowników. Z upływem czasu to oni coraz częściej wykonywali największą pracę, fakturowaną przez kancelarię, zaś z uprawnienia do wyłączania się z pracy merytorycznej zaczęli korzystać wszyscy wspólnicy. W efekcie wzrosły koszty, a zmalały dochody. I wtedy senior założyciel otrzymał e-mail podpisany wprawdzie przez młodego współpracownika, ale wyraźnie pisany przez jego żonę:

Chciałbym, abyśmy zakończyli działalność w formie spółki. Być może jest to kryzys wieku średniego, tym niemniej czuję, że będę żałować, jeśli nie podejmę ryzyka i nie pójdę za silnym, wewnętrznym poczuciem, że potrzebuję zmiany i chciałbym zbudować coś zupełnie nowego. 

Tak to wymyślili. Powód dobry do rozstania jak każdy inny.Nauka z tego płynie taka, że sukcesja w kancelarii nie jest łatwa oraz że nawet gdy się da wspólnikom dużo, to wciąż może być za mało.