Strzelba Czechowa

0

Jeden z najwybitniejszych rosyjskich literatów – Antoni Czechow – powiedział kiedyś, że jeśli w pierwszym akcie sztuki na ścianie wisi strzelba, to podczas ostatniego aktu musi ona wystrzelić.

Tym zgrabnym stwierdzeniem sformułował on postulat, by pisarz nie dawał czytelnikowi fałszywych obietnic czy epatował go nieistotnymi szczegółami, a ograniczał się tylko do tego, co niezbędne dla fabuły. Ile dobrego moglibyśmy zyskać, gdyby tę zasadę przenieść na grunt ustawodawstwa.

Matematyk operuje liczbami, inżynier wykorzystuje niezmienne prawa przyrody, lekarz zaś, szukając rozwiązań, obserwuje organizm ludzki oraz jego reakcje. Polski prawnik w swojej pracy nie ma komfortu polegającego na możliwości odwołania się tylko do jakichś transcendentnych i obiektywnych zasad. Musi szyć z materiału danego mu przez ustawodawcę, który niestety, jak wiele rzeczy dzisiaj, potrafi być mocno przereklamowany.

Świętym prawem polityków jest zabiegać o poparcie wyborców, nęcić ich przeróżnymi obietnicami, reformować, nowelizować czy udoskonalać. Nie zawsze działania te przybierają profesjonalną formę i są wynikiem czysto racjonalnych pobudek, ale można przymknąć oko na takie mankamenty w imię wyższego dobra, czyli demokracji liberalnej. Ostatecznie przecież ludzie dojdą do jakiegoś rozsądnego porozumienia, nawet jeśli zajmie im to więcej czasu lub nastąpi nieco bardziej okrężną drogą. Tyle tytułem założeń.

Tymczasem od wielu lat otrzymujemy kolejne „niezbędne” poprawki oraz równie „trafne” nowości legislacyjne. Problem z nimi taki, że wyglądają dobrze jedynie na nagłówkach gazet albo w słowach prezenterów telewizyjnych. Kiedy przychodzi do konkretów, czyli praktyki stosowania tychże, cała ta niezbędność i trafność gdzieś znika. Zostaje natomiast mniej atrakcyjna codzienność zawodowa licznych prawników zmagających się nie tylko z brzmieniem tych prawnych niewypałów, lecz także rozgoryczeniem ludzi, którzy pełni dobrej wiary oczekiwali jakiegoś przełomu w swojej sprawie lub poprawy perspektyw.

No właśnie, bo konsekwencje przereklamowanych przepisów niestety ponoszą głównie ci, którzy muszą na nich pracować, nie ich twórcy. To oni tłumaczą, że wbrew temu, co szumnie ogłoszono, niekoniecznie „teraz wszystko odkręcimy”, „pieniądze popłyną szerokim strumieniem” albo „wreszcie możemy obłupić takich, owakich”. Nie trzeba być wybitnym historykiem lub teoretykiem prawa, by zdawać sobie sprawę, iż jest ono dyscypliną wyjątkowo nietolerancyjną wobec różnego rodzaju rewolucji i wszelkie nagłe przełomy kreowane przez ustawodawcę raczej odbywają się kosztem potencjalnych adresatów aniżeli z korzyścią dla nich.

A gdyby zastosować wspomniane już zalecenia Antoniego Czechowa do prawodawstwa i przestać dawać obywatelom kolejne przereklamowane obietnice w postaci wielce innowacyjnych oraz oryginalnych pomysłów na przepisy? Albo nawet porzucić epatowanie ich zbędnymi szczegółami, czyli tymi wszystkimi niemalże czysto akademickimi debatami dotyczącymi problemów, które występują najczęściej jedynie w głowach dyskutantów. Zbyt idealistycznie? Być może jednak kiedyś nasi przodkowie tak samo zastanawiali się nad tym, czy szerokie masy społeczne będą kiedykolwiek zdolne wyłonić jakikolwiek rząd. Dziś trudno wyobrazić sobie lepsze rozwiązanie.

Tymczasem gra jest warta świeczki, bo aż chce się sparafrazować stare porzekadło: „ustawą Wisły nie zawrócisz”. Zamiast więc nieustannie wierzyć w jakąś misyjną moc aktów prawnych, warto zejść wreszcie na ziemię, zaakceptować rzeczywistość i zająć się konkretami przy uwzględnieniu realnych możliwości. Poza tymi wszystkimi mniej lub bardziej oczywistymi korzyściami rodzimy system prawny mógłby zyskać jeszcze jeden przymiot, którego dziś mu brak – obraz czegoś, co jest może nie romantyczne, lecz przynajmniej praktyczne.