Przyzwoitość, czyli jak się (nie) ubogacić

0

Niedzielna msza, jak co tydzień, wypełniła kościół ludźmi. Wierni zajmowali wszystkie miejsca sie-dzące, ale także modlili się, stojąc w głównej nawie i bocznych kaplicach. Tuż przed ofiarowaniem do kościoła wszedł elegancko ubrany mężczyzna około pięćdziesiątki.
Wysoki, opalony, starannie zaczesał na bok długie włosy. Niespiesznym krokiem przeszedł przez cały kościół i usiadł w pierwszej ławce, gdzie pozostało kilka wolnych miejsc. Ludzie szeptali między sobą, rozpoznając w nim znanego biznesmena, Pawła S. Kiedy chwilę potem przekazywali sobie znak pokoju i pojednania, mężczyzna zajmujący pierwszą ławkę z życzliwym uśmiechem ściskał dłonie wiernych zajmujących sąsiednie miejsca. Ludzie z szacunkiem odwzajemniali jego uścisk. Wszyscy wie-dzieli, że jest prezesem największej firmy w okolicy.
Pani Maria kochała bardzo swojego syna. Od wielu lat prowadziła działalność gospodarczą i udało jej się parę złotych odłożyć na gorsze czasy. Maciej był jej jedynym dzieckiem. Na początku roku wziął ślub ze swoją koleżanką ze szkoły. Zamieszkiwał z matką w dużym domu w jednym z wypielęgnowanych miasteczek w zachodniej Polsce. O pracę dla ludzi młodych nie było łatwo, więc gdy pani Maria dowiedziała się o atrakcyjnie położnym lokalu nadającym się do prowadzenia pubu, zdecydowała się natychmiast. Dla syna. Właścicielem lokalu, jak i całej kamienicy, była rodzina R. Uzgodniono, że umowa zostanie zawarta na czas oznaczony pięciu lat. Pani Maria uzyskała też zgodę na remont i adaptację (zrzekła się przy tym roszczeń o zwrot nakładów po ustaniu umowy). Tuż przed podpisaniem umowy pani Maria chciała ją jeszcze skonsultować ze znajomym emerytowanym sędzią, ale wyjechał on do sanatorium.
Zdecydowała się więc podpisać umowę bez konsultacji. W końcu była to przecież prosta umowa. Nie raz i nie dwa miała już do czynienia z najmem lokalu. Umowę podpisano więc bez zbędnych formalności. Nie sporządzano protokołu przejęcia lokalu.
Trzy miesiące później, z odpowiednim rozgłosem, dokonano otwarcia pubu. Przez następne mie-siące obroty nie wystarczały na pokrycie kosztów, ale na koniec czwartego miesiąca pojawił się pierwszy zysk.
Nieoczekiwanie pani Maria dowiedziała się od syna, że rodzina R. sprzedała całą kamienicę zna-nemu biznesmenowi, prezesowi Pawłowi S. Nieco zaniepokojona, próbowała się skontaktować z nowym właścicielem, ale był nieuchwytny. Trzy tygodnie później na adres pubu, listem poleconym, nadeszła przesyłka zawierająca wypowiedzenie umowy najmu. W piśmie podpisanym przez pełno-mocnika Pawła S. nowy właściciel kamienicy jednoznacznie i bezwarunkowo domagał się opuszczenia lokalu przez najemców. Przez proboszcza poprosili o osobiste spotkanie z nowym właścicielem. Wiedzieli, że był bardzo religijny, więc może da się przekonać.
Prezes wysłuchał pani Marii, po czym oświadczył jej, że oczywiście może z nią zawrzeć umowę, lecz na nowych warunkach z dwa razy wyższym czynszem. O starej umowie nie chciał nawet słyszeć. Z trudem pohamowując gniew, pani Maria zobowiązała się w ciągu paru dni dać odpowiedź.
Wiedziała już od prawnika, że podpisana przez nią umowa najmu sporządzona była w zwykłej formie pisemnej podpisanej przez strony i nie było żadnych prawnych podstaw, aby zmusić nowego właściciela do jej honorowania. W kodeksie cywilnym był wprawdzie taki przepis, który ograniczał prawo nowego nabywcy do wypowiedzenia umowy, ale dotyczył on wyłącznie umów zawartych na czas oznaczony z zachowaniem formy pisemnej i z datą pewną. Zwrotu nakładów sami się zrzekli. Mogli jedynie domagać się od nowego właściciela odszkodowania z tytułu utraconych korzyści, jakie ich firma mogłaby przynieść, gdyby umowa nie została rozwiązana przed terminem. Ale on miał do dyspozycji swoich prawników, więc trzeba to było mocno przemyśleć. Ktoś zaproponował mediację, ale pani Maria nie chciała nawet o tym słyszeć.
– Przecież to złodziej. (To o prezesie) Ubogacił się na mojej krzywdzie. Prosiłam go już trzy razy, żeby wycofał wypowiedzenie. Bezskutecznie. Skorzystał z okazji, a ja za to płacę. Będziemy z synem latami spłacać kredyt. I cóż z tego, że postąpił zgodnie z prawem. Są sprawy, w których prawo nie powinno mieć zastosowania. Niby taki przyzwoity, wierzący i pobożny katolik, co tydzień do komunii staje, a zwykły złodziej. W życiu tak mnie nikt nie potraktował. Nie chcę mieć z nim więcej do czynienia.