O ekonomii miejsc

0

O tym, że dzieli nas tylko sześć kroków, by dotrzeć do nieznanej nam osoby, zostało już wykazane w eksperymentach przeprowadzanych w XX w. Jeśli ktokolwiek poprosi nas zatem o dostarczenie przesyłki np. Barackowi Obamie, to poprzez wyłącznie nasze kontakty w sześciu etapach taka przesyłka do niego dotrze. Zaskakujące, acz naukowo sprawdzone1. Co jednak z miejscami, do których regularnie docieramy? Czy są one przypadkowe, czy też potrafimy określić ich liczbę statystycznie?

Oczywiście nie jest to takie proste. Musimy przecież uzgodnić, co rozumiemy pod pojęciem liczby miejsc, do których docieramy, a także co stanowi samo miejsce. W pierwszym przypadku okazuje się, że jesteśmy bardzo regularnie w odwiedzanych miejscach i możemy je dzięki temu statystycznie oszacować. Jeśli chodzi zaś o samo miejsce, rozróżniamy je poprzez odległość dzielącą od innego.

Do niedawna przecież wielu naukowców głowiło się, w jaki sposób mogą badać ludzkie zwyczaje „miejscowe”. Z pomocą przybyła technologia, a dokładnie smartfony. Dzięki takim badaniom okazuje się, że miejsc, które odwiedzamy regularnie, jest 25, przy czym wprowadzenie nowego miejsca oznacza porzucenie innego, jednego ze wcześniejszych. Jesteśmy więc przewidywalni, ale dlaczego?[1]

Na to pytanie starała się odpowiedzieć grupa naukowców (wśród których znalazł się Polak!), publikując swoje badania w prestiżowym czasopiśmie „Nature Human Behaviour”[2]. Badacze wzięli pod uwagę 36 tys. użytkowników smartfonów, którzy zgodzili się udostępnić swoje nawyki „miejscowe” poprzez zainstalowanie specjalnej aplikacji Lifelog. By urozmaicić badania i wprowadzić alternatywne narzędzie badawcze, 4 tys. studentów korzystały z innych programów śledzących ich zachowanie. Po przeprowadzeniu badań, które potwierdziły liczbę tylko 25 miejsc, autorzy poczęli poszukiwać odpowiedzi, dlaczego się tak dzieje. Ich zdaniem trudno wytłumaczyć nasze ograniczenia w drodze wyjaśnienia, iż chodzi wyłącznie o czas (a właściwie jego brak). Można jednak postawić hipotezę, że tak samo jak ograniczamy liczbę naszych znajomości do 150 osób (co nie wyklucza nam jednak dotrzeć w sześciu krokach do każdego), tak jesteśmy zmuszeni przez samą naturę do limitowania miejsc, które odwiedzamy[3].

Co jednak dają nam takie wyniki badań? Jeden z autorów – Sune Lehmann – uważa, iż mogą one zostać wykorzystane przez urbanistów. Innymi słowy w planowaniu miast, dzielnic czy innych miejsc przestrzeni publicznej będą mogli wykorzystywać nie tylko intuicję, lecz także dane, czego potrzebuje dana społeczność. Będą to pewnie szkoły, sklepy spożywcze i inne miejsca, których budowę z wyprzedzeniem będzie można zaplanować. Poza tym tego rodzaju dane są niewykorzystaną kopalnią wiedzy dla reklamodawców. Wiedząc, gdzie się udajemy, mogą przecież przygotować specjalną dla nas reklamę, np. biletów do kina.

Lubimy poznawać nowe miejsca. Opowieści o egzotycznych wakacjach zawsze wzbudzają zainteresowanie. Gdy jednak chodzi o codzienność, okazuje się, że jesteśmy przyzwyczajeni do 25 miejsc. Te miejsca wyznaczają nam przestrzeń życia osobistego i zawodowego. W przypadku radców prawnych będą to z pewnością sąd, kancelaria, siedziba klienta, ale co jeszcze? Z ciekawością przeczytałbym badanie, co nas różni od notariuszy, sędziów czy też prokuratorów.

[1]    Teoria ta określana jest jako six degrees of separation i wśród najważniejszych badaczy, którzy przyczynili się do jej rozwoju, wymienia się prof. Stanleya Milgrama ze Stanów Zjednoczonych.

 

[2]    L. Alessandretti, P. Sapieżyński, V. Sekara, S. Leh­mann, A. Baronchelli, Evidence for a Concerned Quantity in Human Mobility, „Nature Human Behaviour” 2018, nr 2, s. 485–491.

 

[3]    Liczba 150 znajomości (określana powszechnie jako „liczba Dunbara”) pochodzi z badania, które przeprowadził Robin Dunbar i opisał je w artykule Neocortex Size as a Constraint on Group Size in Primates opublikowanym w 1992 r. w czasopiśmie „Journal of Human Evolution”.