O antropologii niepotrzebnej pracy

0

W ostatnich miesiącach rynek pracy stał się gorącym tematem. Czy Polska będzie mogła się dalej rozwijać przy rekordowo niskim bezrobociu? W zawrotnym tempie światła chcemy dołączyć do gospodarek innowacyjnych, w których na marginesie pozostawać się zdają mało wartościowe stanowiska pracy. Czy jednak potrafimy właściwie wskazać, że niektóre zawody są niepotrzebne i je w Polsce przekształcić w te wysokopłatne?
Rynek pracy nie jest jednak wyłącznie domeną nauk ekonomicznych. W ostatnich tygodniach głośnym echem na świecie odbija się książka amerykańskiego antropologa Davida Graebera pt. Bullshit jobs: A theory (ze względu na szacowne łamy pozwolę sobie poprzestać na jej angielskim tytule, pozostawiając tłumaczenie na język polski czytelnikom). Jako tego rodzaju pracę Graeber uważa taką, która nie ma kompletnie sensu, nie jest konieczna i jest szkodliwa, i nawet sam pracownik nie potrafi uzasadnić jej sensu. Wprowadza on również barw-ną typologię takich pracowników, dzieląc ich na: lokai (flunkies), matołów (goons), taśmowców (duct-tapers), odhaczaczy (box-tickers) i zadaniowców (taskmasters). Wśród takiej typologii autor dochodzi do wniosku, że dwie piąte wykonywanej pracy na świecie ma charakter zgodny z tytułem jego książki. Co jednak ciekawe, Gra-eber, jako wykonujących bullshit jobs, wskazuje na bankierów inwestycyjnych oraz prawników korporacyjnych. Nie kryję, że to ostatnie porównanie mnie zezłościło i zacząłem poszukiwać obrony zawodu prawnika wśród dorobku nauk ekonomicznych.
Trzeba jednak przyznać, że Graeber zachował się tu sprytnie. Zakładając atak ze strony ekonomistów, na-wiązał zgrabnie w swej pracy do obserwacji, którą nieomal 100 lat temu poczynił wielki angielski ekonomista John Maynard Keynes, iż wkrótce doczekamy się 15-godzinnego tygodnia pracy. Tego rodzaju obserwacje czynione były we współczesnej historii dość często, a ostatnio jesteśmy nawet straszeni, że zastąpią nas robo-ty. Z pewnością automatyzacja to nieunikniony proces, ale w jaki sposób wpłynie ona na rynek pracy, tego jeszcze nie wiemy. Być może znikną jakieś zawody, ale przecież wielkością człowieka była jego wyjątkowa zdolność do adaptacji. To bowiem szczera prawda, że dorożki niemal już zniknęły, ale fiakrowie przebranżo-wili się w taksówkarzy. A ci ostatni wcale nie są bezużyteczni, bo dowożą nas tam, gdzie sobie tego życzymy, a więc w myśleniu Graebera ich praca ma sens.
Spójrzmy jednak głębiej w literaturę ekonomiczną. Wśród różnych teorii wyróżnia się również tzw. teo-remat Coase’a, w którym istotną rolę odgrywają koszty transakcyjne. Te ostatnie tradycyjnie dzieli się na koszty poszukiwania informacji w celu zawarcia transakcji, koszty negocjacyjne oraz koszty egzekucji. Wedle Coase’a w dużym uproszczeniu, gdyby istniały idealne warunki, w których koszty transakcyjne wynosiłyby zero, to wówczas dobro trafiałoby do tego, kto ceni je najwyżej. W tym sensie gospodarka byłaby efektywna. Sam jednak Coase podkreślał, że jest to sytuacja, która nie może mieć miejsca w naszej rzeczywistości, a więc obniżanie kosztów transakcyjnych, co do zasady, przyczynia się do efektywnej wymiany. W przypadku poszu-kiwania informacji w celu zawarcia transakcji internet poczynił już cuda, zmuszając wielu do zmiany modelu biznesowego. Prawnicy bez wątpienia odgrywają rolę „kosztochłonną” w przypadku negocjacji. Jeżeli jednak zmniejszają ryzyko dla obu stron transakcji, poprzez odpowiednie przygotowanie treści umów, w istocie zmniejszają koszty, które mogą wystąpić w przypadku egzekucji. Ich praca także się przydaje w przypadku egzekucji, choć na nią wielki wpływ może mieć niewydolny system sądowniczy lub komorniczy, który może spowalniać wykonanie umów.
Nie wykluczam, że na świecie mamy zawody, które nie przyczyniają się do czegokolwiek poza ich istnieniem dla osób je wykonujących. Nie wykluczam również, że z pewnością w wielu miejscach są prawnicy, których praca nie służy czemukolwiek poza pobieraniem przez nich wynagrodzenia. Założę się jednak, że w życiu zawodowym każdego radcy prawnego były sprawy, które tylko generowały niepotrzebnie koszty dla stron i po jakimś czasie nie sprawiały żadnej satysfakcji zawodowej. Wrzucanie więc prawników do jednego worka bez-sensownych zawodów wydaje mi się nieuczciwe, dlatego też tych, którzy obniżają koszty transakcyjne, będę zawsze bronił.