Nie wolno, ale można

0

Jechałem samochodem. Warunki były trudne – słaba widoczność, deszcz i ślisko.
Prowadziłem więc bezpiecznie, nie przekraczając dozwolonych 70 km/h. Z tyłu najeżdżał mi na zderzak jakiś mały biały samochodzik. Spieszył się. Jak dla niego jechałem zbyt wolno. Nie mógł mnie wyprzedzić, ponieważ lewy pas drogi był w remoncie.

Ale już kawałek dalej śmignął mi z lewej strony na odcinku, na którym obowiązywał zakaz wyprzedzania. Poradził sobie także z podwójną linią ciągłą. Ciągnął za sobą chmurę wodnego pyłu. Chwilę później wyprzedziły mnie na tym samym zakazie i podwójnej ciągłej dwa samochody osobowe i dostawczak. Tylko jeden używał przy tym kierunkowskazów.
Nie byłem jakoś specjalnie zbulwersowany. Łamanie przepisów na polskich drogach to norma. Zresztą nie tylko na drogach. Wśród amerykańskiej Polonii popularne jest powiedzonko rodem ze Szwejka: „Nie wolno, ale można”. Świetnie się nadaje do rozwiązywania jakichkolwiek ograniczeń prawnych czy zakazów. I w Ameryce, i w Polsce. Jednak, gdy wracam z któregoś z krajów skandynawskich, odczuwam strach. Dwutygodniowa objazdówka po Danii czy Norwegii sprawia, że potem przez jakiś czas muszę zwalczać dotkliwe stany lękowe, które mnie dopadają podczas jazdy po polskich drogach. Przeraża mnie zwłaszcza nieprzestrzeganie przepisów w zakresie ograniczenia prędkości. Albo wjeżdżanie na ruchliwe skrzyżowanie na czerwonym świetle. Albo lekceważenie pieszego wchodzącego na przejście. To unikalne zjawisko w krajach Unii Europejskiej, chociaż przyznaję, miałem z nim do czynienia kilka razy na południu Europy, we Włoszech lub w Grecji. Masowo natomiast występuje na drogach Ukrainy i… Kenii albo Tanzanii.
Tak więc jechałem służbowo samochodem. Na skrzyżowaniu zauważyłem, że ładna pani w sąsiednim samochodzie żywo gestykuluje, rozmawiając przez telefon przyłożony do ucha. Włączyłem radio. Bardzo lubię słuchać w samochodzie „Trójki”.
Było kilka minut po południu, czyli czas na audycję Jakuba Strzyczkowskiego „Za, a nawet przeciw”. Tego dnia popularny pan Kuba postanowił zapytać słuchaczy, co myślą na temat nieprzestrzegania prawa. Szczególnie interesowało go to zjawisko w zakresie przepisów prawa budowlanego, w kontekście koszmarnego wypadku w górach, gdzie wiatr zerwał dach z jakiejś budki drewnianej, postawionej w ramach tzw. samowoli budowlanej. Redaktor dopytywał słuchaczy, co myślą na ten temat. Każdy, kto miał do czynienia z postępowaniem w zakresie samowoli budowlanych, wie, że dużo łatwiej jest się w takiej sprawie bronić, niż tę samowolę zwalczać. Procedury administracyjne są długotrwałe i czasochłonne nawet wtedy, gdy ostatecznie po kilku latach uda się taką samowolę zwalczyć. Ale pan Kuba temat audycji poszerzył, koncentrując się na wyjaśnieniu, dlaczego Polacy tak często naruszają prawo (nie tylko budowlane).

Różne były odpowiedzi, ale na ogół słuchacze zgadzali się, że Polacy nagminnie łamią przepisy. Panowała zgodna opinia, że nieprzestrzeganie przepisów prawa to nawet nasza cecha narodowa.

Pomyślałem, że sam spróbuję dodzwonić się do redakcji. Przyszło mi bowiem do głowy, że powiem odważnie na antenie: „W Polsce naszych obecnych czasów nie przestrzegają prawa najwyższe organy władzy państwowej. Łamana jest konstytucja. Lekceważone są wyroki sądów. Ten przykład idzie z góry do społeczeństwa. I to także ma wpływ na zachowania rodaków”.
Właśnie wybierałem numer „Trójki”, gdy usłyszałem: „Panie Kubo. Przykład idzie z góry”.
„No proszę”, ucieszyłem się. Ktoś mnie uprzedził. Nadstawiłem ucha. „W Polsce sędziowie nie przestrzegają prawa. I jeszcze ich wspiera Unia Europejska”.
Nie słuchałem dalszej wypowiedzi, bo na szczęście dojechałem na miejsce.