Jak to z prawnikami bywa…

0

Kupowanie zwykłego mieszkania nie jest proste. Nie wystarczy mieć pieniądze. Trzeba się niemało natrudzić: wybrać atrakcyjne położenie, widok z okna, niskie koszty eksploatacyjne i rzetelnego dewelopera.

Jeszcze trudniejsze jest kupno domu czy apartamentu. Tu w grę wchodzą dodatkowe elementy, takie jak architektura, wyposażenie, garaż, ogród i inne detale, których nie sposób wymienić. W każdym przypadku ważne jest też sąsiedztwo, przyjazne i życzliwe, na tzw. poziomie. I kiedy już mamy szczęście, że wszystkie te elementy uda się nam korzystnie ułożyć, życie wystawia nas na próbę.

Państwo D., rodzina prawnicza, kilka lat temu kupili dwupoziomowy apartament na ekskluzywnym, zamkniętym osiedlu domów szeregowych, położonym 200 metrów od morza. W chwili zakupu apartament był całkowicie umeblowany i wyposażony, tak że spełniał wszystkie ich oczekiwania. Przedstawiciel dewelopera, przemiła pani Lola, najpierw zademonstrował najmocniejsze strony lokalu, potem reprezentował firmę u notariusza przy podpisaniu umowy, a na koniec zadbał, aby na nowych właścicieli czekała na stole butelka dobrego czerwonego wina.

Pół roku później w doniczkach na tarasie zaczęły usychać ozdobne iglaki. Państwo D. złożyli fachową reklamację przez internet i zgłosili sprawę w administracji. Przez trzy tygodnie nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Wysłali monit. Administracja odpisała, że mają się zgłosić po odszkodowanie do ubezpieczyciela mieszkania. „Rośliny uschły, ponieważ system irygacyjny podlewania roślin jest niesprawny z powodu słabego ciśnienia wody. Odpowiada za to przedsiębiorstwo wodociągowe”. Administracja nie ustosunkowała się do reklamacji w zakresie gwarancji, w ogóle nie zauważając, że minęło dopiero pół roku od daty kupna. Wówczas państwo D. wysłali oficjalną reklamację do dewelopera. Firma jest renomowana, ma znakomitą pozycję na rynku, ale w tej sprawie nie miała nic do dodania. „System jest prawidłowy, a w sprawie ciśnienia wody należy się zwrócić do wspólnoty mieszkaniowej i miejscowej gminy, do której należy przedsiębiorstwo wodociągowe”. Korespondencja ta trwała kolejnych kilka miesięcy. W tym czasie uschły wszystkie pozostałe rośliny.

Państwo D. zdecydowali się skorzystać z pomocy miejscowego prawnika. Znaleźli dwie kancelarie, które na ich terenie prowadziły obsługę prawną. Bardzo profesjonalnie wyglądające biura dawały wyobrażenie o dobrym smaku ich właścicieli i stabilnej sytuacji finansowej, co z kolei pozwalało przypuszczać, że radzą sobie na tym trudnym rynku. Jednakże w obu przypadkach rozmowy utknęły na negocjacjach w sprawie stawki godzinowej za pomoc prawną w przedmiotowej sprawie. Stawka ta była wysoka. Obie kancelarie nie ukrywały, że sytuacja jest trudna i wymaga dużego nakładu pracy. Szczególny niepokój wzbudzały komentarze o bardzo silnej pozycji rynkowej dewelopera i jego służbach nie tylko prawnych. Innymi słowy: miało być drogo i bez żadnych gwarancji, że się powiedzie. Mniej więcej wtedy jeden z pracowników administracji zaproponował, żeby państwo D. zainstalowali sobie własny system irygacyjny. Koszt jego wykonania, razem z posadzeniem nowych roślin, nie przekraczał stawki za trzy godziny pracy kancelarii. Skorzystali z tej rady.

Minęły kolejne dwa lata. Mieszkało się dobrze, ale co jakiś czas coś się psuło. Naprawiali to sami, ale kiedy obniżyło się ciśnienie w łazience, zgłosili się do administracji. Powtórzyła się znana im sytuacja – za niskie ciśnienie odpowiada gmina itd. Bardzo miła pani administrator przez tydzień zapowiadała wizytę instalatora. Nie przyszedł.

Dwa domy dalej mieszkali sąsiedzi Krzysztof i Krystyna. Kiedy się bliżej poznali, Krzysztof, usłyszawszy o problemach technicznych państwa D., uśmiechnął się radośnie i powiedział:

– To zadanie dla Krystyny, nie dla prawnika. Ona wam pomoże. Jest w takich sprawach niezawodna.

I rzeczywiście. Wystarczyła jedna osobista wizyta Krystyny w administracji osiedla, aby jeszcze tego samego dnia do mieszkania państwa D. zawitał instalator wodno-kanalizacyjny. Obejrzał starannie mieszkanie, odnalazł jakieś ukryte zawory i… naprawił ciśnienie wody w całym domu. Zaczął także działać zapomniany system irygacyjny. Cud. I jeszcze na koniec fachowiec nie chciał ani grosza zapłaty.

– Trzeba z nimi porozmawiać. Trochę pożartować. Cierpliwie posłuchać o ich sprawach. Życzliwie i z sympatią. Wtedy nie potrzeba prawnika – doradzała Krystyna.

No tak. Łatwo powiedzieć. Ona świetnie zna język hiszpański. Bowiem opisana historia, mimo wielu znanych nam z polskiego rynku podobieństw, miała miejsce w Andaluzji. Ale rady Krystyny są uniwersalne.