Amarone

0

W naszej pracy zdarza się, że zawodzi nas pamięć. Jest dużo spraw, z różnych dziedzin prawa, wiele zmieniających się nazwisk, terminów i paragrafów. W końcu każdy dochodzi do punktu, za którym pamięć się zawiesza albo wprost zawodzi. I wcale nie mam na myśli twardego dysku w naszym komputerze.
Amarone della Valpolicella. Włoskie czerwone wytrawne wino z prowincji Verona. Ciężkie i mocne. Pachnące suszonymi owocami i gorzką czekoladą. Moje ulubione. Stało na moim biurku, kiedy któregoś dnia wszedłem do kancelarii.
– Przyniesiono je rano dla pana, panie mecenasie. Jest tam karteczka z nazwiskiem od kogo. Niczego nie wyjaśniali. Mówili z przekonaniem, że pan będzie wiedział, o co chodzi – powiedziała Iza, która zwykle jako pierwsza przychodzi do biura.
Przyjrzałem się przesyłce. Elegancki firmowy karton ze znanej włoskiej piwniczki. Ciemna butelka z grubego szkła. Wypisane na załączonej karteczce nazwisko nic mi nie mówiło. Absolutnie nic. Przejrzałem kalendarz, przeszukałem Outlooka. Bez rezultatu. Przepytałem sekretariat, wspólników i współpracowników. Nic. Żadnego skojarzenia czy choćby podejrzenia. To nazwisko nie widniało w żadnym ze zbiorów istniejących w kancelarii. Moja początkowa radość nieco zgasła. Mogło się przecież zdarzyć, że przesyłka została dostar-czona do kancelarii przez pomyłkę. Na przykład dwa piętra wyżej mieści się kancelaria mojej bratowej. Ale Iza była jednego pewna: adresatem przesyłki jest mężczyzna. Nie pani mecenas, nie mecenasi. No cóż, poddałem się, ale wino odstawiłem „do wyjaśnienia”.
Przy okazji moich poszukiwań wspólnik opowiedział mi, jak to razu jednego sekretariat połączył do jego pokoju rozmowę telefoniczną. Klient, który się przedstawił z imienia i nazwiska, chciał rozmawiać z „mecenasem” w sprawie terminu rozprawy.
– Czy może mi pan podać jakieś szczegóły?
– Ależ to przecież musi być znana panu sprawa. Państwa kancelaria prowadziła już tę sprawę w pierwszej instancji. Potem sprawa była w Sądzie Najwyższym i po uchyleniu ma być teraz pierwsza rozprawa. Zgubiłem gdzieś wezwanie, a chcę konieczne wziąć w niej udział.
Znam takie sytuacje. Siedzi człowiek przy biurku, oderwany telefonem od jakiejś bieżącej pracy, wpatrzony w ekran monitora, na którym nijak nie znajduje odpowiedzi na pytanie zadane po drugiej stronie słuchawki. W zasadzie powinien przeprosić rozmówcę i się rozłączyć. Ale instynkt samozachowawczy podpowiada mu, żeby nie dać poznać, że nie wie, o co chodzi, że nie rozpoznał klienta, bo to przecież nie powinno się zdarzyć dobremu prawnikowi. Przynajmniej tak się nam wydaje.
Tak więc rozmawiali jeszcze długo na tyle, żeby mój wspólnik, zadając ostrożne dalsze pytania, poznać mógł więcej szczegółów, które go naprowadzą na właściwą ścieżkę pamięci.
Trochę trwało, zanim się poddał. Zaryzykował wtedy pytanie, które powinien zadać na samym początku.
– A czy zechciałby pan powiedzieć, do kogo pan dzwoni?
Niebezpieczne, ale zawsze można to obronić jakimś zgrabnym wyjaśnieniem. Tym razem jednak okazało się kluczem do rozwiązania niezręcznej sytuacji. To była pomyłka. Klient zupełnie innej kancelarii pomylił numery telefonów.
To przypomniało mi inną pomyłkę sprzed lat.
Dawno temu siedziałem przy biurku w swoim biurze, które sąsiadowało z urzędem wydającym zezwolenia na handel. Nagle do pokoju wszedł krępy, mocno zbudowany mężczyzna i bez słowa położył na moim biurku dużą bombonierkę. Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę drzwi, przez które zaglądała do środka jego żona.
– Pan się chyba pomylił – powiedziałem. – Urząd handlu jest w sąsiednim pokoju.
Gwałtownie się obrócił, podszedł do mnie i szybko zabrał z biurka bombonierkę. Do dziś się zastanawiam, co by zrobił, gdybym najpierw schował bombonierkę do szuflady, a dopiero potem powiedział mu o pomyłce.
A wino czeka na wyjaśnienie. Mam pewne podejrzenia, ale na razie czekam. Nie chowam go do szuflady.