Jedyną rzeczą, której musimy się bać, jest strach

0

W 1933 r. w czasie Wielkiego Kryzysu Amerykanie z rozpaczą obserwowali koniec świata, 
który znali. Upadały firmy, bankrutowały kolejne banki. Pieniądze traciły na wartości. Amerykanie masowo otrzymywali „różowe formularze” – zwolnienia z pracy. Czuli się bezsilni. Masowo popełniano samobójstwa. Szalało bezrobocie. Nikt nie wiedział, co będzie dalej, pojawiły się apatia i paraliżujący, wszechobecny strach.   

Wtedy w 1933 r. cała Ameryka siadła przed odbiornikami radiowymi, by wysłuchać przemówienia inauguracyjnego nowego prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Usłyszeli słowa – po wielekroć później cytowane: „Jedyne, czego powinniśmy się bać, to strach”. Te słowa dodały Amerykanom otuchy: „Jedyną rzeczą, której musimy się bać, jest sam strach. Bezimienny, bezzasadny, niczym nieusprawiedliwiony terror, paraliżujący działania, które należy podjąć”.
W 1940 r. sytuacja Brytyjczyków jest beznadziejna. W maju nie ma już nadziei na pokonanie Niemiec. Brytyjczycy olbrzymim kosztem ewakuują swoich żołnierzy z Dunkierki. Za kanałem stoi zwycięska niemiecka armia, która w ciągu roku zajęła prawie całą Europę. Nie ma żadnej szansy na zwycięstwo. Pojawia się strach. Strach przed tym, co przyniesie przyszłość. Paraliżuje i obezwładnia.
Wtedy 13 maja 1940 r. przed posłami Izby Gmin staje nowy brytyjski premier i wygłasza jedną z najważniejszych mów, jakie zna historia:
„Chciałbym powiedzieć izbie, tak jak powiedziałem ministrom nowego rządu: mogę wam obiecać tylko krew, znój, łzy i pot. Stoimy przed ciężką próbą z najbardziej bolesnego rodzaju. Mamy przed sobą wiele, wiele miesięcy walki i cierpienia. (…) Zapytacie, jaki jest nasz cel? Odpowiem jednym słowem. Zwycięstwo. Zwycięstwo za wszelką cenę. Zwycięstwo, pomimo wszelkich okropności. Zwycięstwo, bez względu na to, jak długa i ciężka prowadzi doń droga. Bez zwycięstwa bowiem nie ma przetrwania”.
Dzięki przemówieniu Winstona Churchilla u Anglików wracają nadzieja i wiara w zwycięstwo. Wielu ma łzy w oczach, są dumni, że są Brytyjczykami.
Jest rok 2020. Mamy w pamięci obraz zamkniętych chińskich miast, ludzi w maskach i zdjęcia przepełnionych szpitali. Kiedy to wszystko oglądaliśmy w telewizji, nie był to nasz problem. Chiny są daleko. Ot, „gorączka z Wuhan” – jak nazwali wirusa Chińczycy. Kiedy w internecie zobaczyliśmy obrazy z Włoch i Wielkiej Brytanii, uśmiech zniknął z twarzy niektórych z nas. Czerwone strefy, racjonowanie towarów, puste półki. Pojawił się on. Strach. Może władza coś ukrywa? Co będziemy jeść, kiedy wszystkich nas zamkną w domach?
John Barry w książce „The Great Influenza” napisał: „Ludzie u władzy muszą cieszyć się publicznym zaufaniem. Można to osiągnąć, jeśli się niczego nie fałszuje, nie robi się dobrej miny do złej gry, nikim się nie manipuluje (…). Przywódcy muszą sprawiać, że nawet najstraszniejsze zagrożenia stają się konkretne. Tylko wówczas będą w stanie stawiać im czoła”. Tak jak zrobili to Roosevelt i Churchill.
Jeśli nie mamy wiarygodnych informacji, pojawia się strach. I wszyscy zaczynają się zachowywać tak, jak zachowują się ludzie przerażeni. Podczas wybuchu grypy hiszpanki amerykański Czerwony Krzyż informował, że ludzie ze strachu boją się wychodzić z domu po jedzenie i umierają z głodu.
Dziś trudno nam w to, co widzimy, uwierzyć: „Jak to? Odwołano koncert?”, „To nie pojedziemy w tym roku do Japonii?!”, „Chyba żartujesz – puste półki?”.
Jedni twierdzą, że to panika wywoływana przez media, inni, obserwując poddawane kwarantannie miasta włoskie i bezsilność lekarzy, zaczynają przeżywać głęboki niepokój o przyszłość. Nikt nie wie, co będzie dalej. W oczach niektórych widzę strach…
Być może niebawem będziemy obserwować tych dających niezwykłe przykłady poświęcenia i tych, którzy postąpią w sposób moralnie odrażający.
Wierzę, że potrafimy współczuć i pomagać innym. Wierzę, że w głębi duszy nie jesteśmy obojętni i okrutni.
Wierzę, że nie ulegniemy strachowi.