# Me too…

0

Pełnomocnikiem powoda w tej sprawie była wysoka, elegancka, krótko ostrzyżona blondynka, która, spoglądając w stronę sędziów, snuła swoją opowieść.

Odpowiedzmy sobie na pytanie: jak czuje się mężczyzna w takiej sytuacji? Jak poczuł się w tej jednej chwili mój klient. Był to dla niego ważny dzień. Ważny dla korporacji, więc ważny dla niego, jej prawnika. Długo przygotowywał się do zbliżającego się spotkania. Negocjacje trwały bez mała pół roku i wchodziły w decydującą fazę. Obie strony wykorzystały już wszystkie argumenty. Na końcu czekały na nie prawnicze zapasy. Ostatnie decyzje miały zapaść po pojedynku na argumenty prawne. Dlatego właśnie ten dzień był taki ważny. Od dawna wszyscy wiedzieli, że ostateczny kształt kontraktu będzie w rękach prawników. Dużo, bardzo dużo zależało od jego profesjonalizmu.

Blondynka rozejrzała się po sali. W absolutnej ciszy słychać było daleki szum miasta.

– Zadbał o każdy szczegół. Starannie dobrał krawat do ciemnej marynarki, założył skromny, choć firmowy zegarek, zwracały uwagę eleganckie trzewiki. Jeszcze raz sprawdził, czy w skórzanej teczce znajdują się wszystkie dokumenty. Spotkanie miało się odbyć w sali konferencyjnej w siedzibie banku finansującego transakcję. Prawnicy drugiej strony już tam byli, kiedy ze starannie ukrywanym niepokojem wszedł na salę. Był świetnie przygotowany, opanowany i bardzo profesjonalny. Na końcu stołu siedziała niemłoda już szefowa działu prawnego. Widać było, że jest mocno zapracowana i dawno już nie była u fryzjera. Obrzuciła go taksującym spojrzeniem od stóp do głów i przeciągnąwszy językiem po wymalowanych wargach, rzuciła:

– Ładnie pan mecenas dzisiaj wygląda. Mam nadzieję, że będzie się nam dobrze pracowało…

Blondynka zawiesiła na chwilę głos, po czym dodała:

– Czy takie zachowanie naruszyło jego męską i zawodową godność? Czy mógł poczuć się dotknięty? Poddaję to pod ocenę sądu.

Prawda, że nie uprzedziłem… Ta historia z udziałem przystojnego mecenasa, którego pani pełnomocnik przed sądem dochodzi obrony jego godności, jest oczywiście wymyślona. Nie wiem, czy się kiedykolwiek przydarzyła lub wydarzy z udziałem mężczyzny. Ale takie lekceważące zachowania są codziennością wielu kobiet wykonujących nasz zawód. Nie trafiają jednak do sądu. Jak więc panie sobie z tym radzą? Podobno w relacjach zawodowych z innymi prawnikami nie jest to tak bardzo uciążliwe, o ile mecenas nie przekroczy granicy dobrego smaku i wychowania (co się niestety też zdarza). Co innego w relacjach z klientami. Wielu z nich, płacąc rachunki za obsługę prawną, uważa, że upoważnia ich to do skracania dystansu i wzajemnych relacji w stopniu, który ociera się często o granice prawa. I tu pojawia się problem: jak – nie tracąc klienta – znaleźć sposób na taką, nazwijmy to, poufałość.

Jak mówi pewna moja znajoma pani mecenas: „gdyby ktoś w kancelarii zasiadł w moim fotelu z butami na biurku, bez wahania zrugałabym go i wyrzuciła za drzwi. Trudno, najwyżej straciłabym klienta. Ale jak się zachować, gdy ten klient w mniej lub bardziej natarczywy sposób okazuje mi, że się mu podobam? W wielu przypadkach po prostu daję mu kosza i macham na to ręką: w naszej kulturze nie są to zachowania na tyle naganne, abym miała podstawy reagować bardziej stanowczo”.

Do czasu. Niedawno usłyszałem opowieść o niemłodym już (choć jak się okazuje jurnym) kliencie, który zachęcał współpracującą z nim kancelarię do delegowania aplikantek na dyżury w jego firmie. Podkreślał, że problemy prawne wymagające bieżącej obsługi nie są skomplikowane i aplikantka sobie z nimi poradzi. Nietrudno się domyślić, że podstarzały macho odwiedzał pracowniczki kancelarii na dyżurze, przychodząc z różnymi problemami, niekoniecznie prawnymi. Nic złego się nie wydarzyło, ale niesmak pozostał. Problem w tym, że panie nie miały odwagi powiedzieć o tym patronowi. Obawiały się, że ich ewentualna uwaga może być źle oceniona przez pracodawcę. Dlaczego tak myślały – nie potrafiły powiedzieć. Innym razem trzeba było osobistej interwencji właściciela kancelarii, aby zawstydzić klienta, który na kolejnych spotkaniach dużo mówił o swoich umiejętnościach w zakresie języka francuskiego. Mrużył przy tym znacząco oczy i kiwał głową rozbawiony tym bardziej, im bardziej zakłopotana była pani mecenas.

Nie wiem, jak to jest. Nie wiem, co się wtedy czuje. Mnie się takie sytuacje nie przydarzyły. Ale mam wystarczająco dużo empatii, aby spróbować wejść w skórę naszych koleżanek. Próbuję zasygnalizować zjawisko, które w praktyce prawniczej występuje. Ciekawy zresztą jestem, na ile jest to rzeczywisty problem, a na ile niemający większego znaczenia margines.