Dwa marsze na jednej ulicy

0

Władze Warszawy, a ostatnio także Wrocławia, od kilku lat przed 11 listopada przeżywają ten sam dylemat: zakazać ryzykownego zgromadzenia czy je rozwiązać, gdy się już zacznie i dojdzie do ekscesów?

A tym razem waga sprawy była jeszcze większa, bo przecież obchodzimy stulecie odzyskania niepodległości i każde środowisko chciało obejść je z pompą. Ale oczywiście nie wspólnie, tylko każdy z osobna.

Prezydenci Wrocławia i Warszawy – Rafał Dutkiewicz i Hanna Gronkiewicz-Waltz – kończą swoje kadencje. Tym razem postanowili nie czekać, tylko od razu wydać decyzje o zakazie Marszu Patriotów we Wrocławiu i Marszu Niepodległości w Warszawie. W obu przypadkach na decyzji zaważyły pożałowania godne doświadczenia z poprzednich edycji imprez: we Wrocławiu kilka lat temu palono kukłę Żyda, a sąd skazał sprawcę tego czynu Piotra Rybaka. Teraz Rybak, już po odsiedzeniu kary, i były ksiądz Jacek Międlar byli organizatorami tegorocznego marszu. W Warszawie manifestacje przed laty też były burzliwe, palono race, wybuchały petardy, a hasła i emblematy akceptowane przez organizatorów Marszu Niepodległości sprawiały, że interesowały się nimi organy ścigania – ostatnio niestety niezbyt skuteczne. W roku stulecia odzyskania niepodległości takie zdarzenia nie przysparzałyby narodowej dumy, tej prawdziwej, której tak bardzo nam potrzeba.

Prezydenci, wydając decyzję o zakazie imprezy, wskazywali na niemożliwość zapewnienia bezpieczeństwa w mieście z powodu przewidywanych zamieszek. W decyzjach pisano też, że ich obawa jest realna, mając na uwadze zdarzenia z przeszłości. Praktyczny wymiar zakazu jest taki, że – o ile utrzyma się w sądzie, bo z pewnością organizatorzy się odwołają – każdy potencjalny uczestnik marszu będzie wiedział, że bierze udział w nielegalnej imprezie. Ale nie łudźmy się. Wydana decyzja nie zapobiegnie niekontrolowanym ekscesom w mieście.

Opcja druga była taka: gdy tylko na marszu dojdzie do naruszeń prawa – rozwiązać zgromadzenie. Gotów byłbym się zakładać, że do takich zdarzeń by doszło na Marszu Niepodległości – i rozruchy w świąteczny dzień gotowe.

Rzecznik protestuje

Takie podejście do sprawy spotkało się z krytyką. I to – co ciekawe – nie tylko ze strony środowisk radykalnych, ale także prodemokratycznych. Konstytucyjna wolność zgromadzeń jest dla każdego, nie tylko dla tych, których sami lubimy. Obiekcje zgłosił nawet Rzecznik Praw Obywatelskich.

– Nie można zakazywać zgromadzenia publicznego tylko dlatego, że istnieją obawy co do tego, jak przebiegnie – podkreśla zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich Stanisław Trociuk.

Przywołał orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Z tych powodów Rzecznik ustalał, czy we Wrocławiu i w Warszawie faktycznie okoliczności uprawniały do zakazu. Wystąpił do policji o przekazanie informacji, które były podstawą pisania uzasadnienia decyzji prezydenta miasta. Podobnie rzecz badano w Warszawie.

Organizatorzy z Wrocławia i Warszawy – co było do przewidzenia – odwołali się do sądu. I wygrali. Nie można zakazywać organizowania marszów z okazji Święta Niepodległości bez starannego zbadania sprawy i przekonującego uzasadnienia – stwierdził warszawski sąd, uchylając decyzję prezydenta miasta zakazującą marszu środowisk narodowych. Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił decyzję prezydent Gronkiewicz-Waltz. – Wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie, prawo do zgromadzeń jest chronione konstytucją – mówił, uzasadniając orzeczenie, sędzia Michał Jakubowski. Jak podkreślił sędzia, w tej sprawie organ gminy nie uprawdopodobnił okoliczności, że w związku z tą manifestacją może dojść do zagrożenia życia i zdrowia oraz mienia w znacznych rozmiarach, a to była główna przesłanka wydanego zakazu. Sąd wytknął władzom miasta, że nawet nie spotkano się z policją, by dowiedzieć się, jakimi dysponuje siłami i środkami. Nie porozmawiano nawet ze Strażą Miejską.

Także sąd we Wrocławiu uwzględnił odwołanie złożone przez organizatorów i uchylił decyzję prezydenta miasta o zakazie marszu narodowców. Ustępujący prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz poinformował, że po konsultacjach z policją, a także prezydentem elektem Jackiem Sutrykiem, wydał zakaz organizacji marszu. Jednak tutaj także sąd uznał, że prawo do zgromadzeń jest wartością chronioną konstytucyjnie i może być ograniczona jedynie w wypadkach ściśle wskazanych w ustawie o zgromadzeniach.

– Sąd, badając przesłanki, które w swojej decyzji podał prezydent, ocenił, że nie są to przesłanki wskazane w ustawie o zgromadzeniach – mówił Marek Poteralski, rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

Oba orzeczenia zaskarżono do sądów apelacyjnych, ale bez powodzenia. Wyroki zostały utrzymane w mocy.

Sytuacja w stolicy była szczególna. Oznaczała bowiem kolizję z marszem organizowanym w tym samym czasie i na tej samej trasie przez rząd, bo gdy tylko prezydent Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz, prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki zaprosili wszystkich na marsz rządowy. Zorganizowano go błyskawicznie, z udziałem wojska.

Co zatem z organizowanym przez m.in. Młodzież Wszech­polską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy Marszem Niepodległości? Władze porozumiały się z organizatorami i odbyły się obie imprezy. Jedna po drugiej.

Marsz „państwowy” rozpoczął się w niedzielę 11 listopada o godz. 15 na rondzie Dmowskiego. Przemawiał prezydent Duda, potem wszyscy, w szczelnym kordonie, przeszli całą trasę – Alejami Jerozolimskimi, mostem Poniatowskiego, na błonia Stadionu Narodowego. Po nim przeszedł Marsz Niepodległości. Obserwatorzy uznali go za „spokojny”, ale nie zabrakło na nim zakazanych przez prawo rac, petard i gniewnych okrzyków.

Nad kulminacyjnym punktem Święta Niepodległości zawisło więc widmo rozruchów. Wtedy do akcji wkroczył rząd i ogłosił, że marsz będzie państwowy. Tym samym na czele dwustutysięcznego pochodu z racami, kominiarkami i gośćmi z włoskiej Forza Nuova stanęli prezydent, premier, marszałkowie parlamentu i szef rządzącej partii. Owszem oni byli na początku, potem bufor ochronny i dalsza część marszu. Owszem przytłaczającą większość owych 200 tysięcy stanowili zwykli ludzie chcący zamanifestować swój patriotyzm. Ale jednak coś zgrzyta.

Trwała też prawna batalia o to, która impreza ma pierwszeństwo. Organizatorzy imprezy państwowej twierdzili, że oni. Organizatorzy Marszu Niepodległości – przeciwnie.

Wnioski do wyciągnięcia

Szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk mówił, że obecną sytuację po decyzji sądu „trzeba przeanalizować od strony prawnej, ale od strony organizacyjnej nic się nie zmienia”.

Faktycznie trzeba tu analizy, bo twierdzenie o pierwszeństwie marszu rządowego przed wszystkimi innymi nie znajduje potwierdzenia w przepisach. Organizatorzy Marszu Niepodległości powołują się na swoje prawo do jego przeprowadzenia, ponieważ jest to zgromadzenie cykliczne, zarejestrowane na podstawie uchwalonej dwa lata temu przez obecną większość parlamentarną zmiany w ustawie Prawo o zgromadzeniach, które nadaje priorytet właśnie zgromadzeniom cyklicznym. Chodziło o ochronę tzw. miesięcznic smoleńskich przed kontrmanifestacjami. Zresztą ochronę nieskuteczną, bo wkrótce się okazało, że kontrmanifestacje smoleńskie są możliwe do legalnego przeprowadzenia. W każdym razie teraz tamta nowelizacja okazała się korzystna dla organizatorów Marszu Niepodległości, który mocą decyzji wojewody ma ten status do 2020 r.

Konfliktu tego nie da się rozwiązać na bazie prawa o zgromadzeniach. Jak zauważa Rzecznik Praw Obywatelskich, który obserwuje ten spór, nie ma wyraźnych i jednoznacznych przepisów, które taką sytuację regulowałyby w sposób klarowny. RPO przypomina, że o uregulowanie zasad organizowania zgromadzeń państwowych zabiegał prezydent Bronisław Komorowski. Stał on na stanowisku, iż należy zagwarantować zgromadzeniom państwowym pierwszeństwo. Jednak w 2015 r. przeważył pogląd, że wolność zgromadzeń Konstytucja gwarantuje obywatelom, a instytucje państwowe muszą przed nią ustąpić. Dlatego w 2015 r. takiego przepisu nie wprowadzono.

Dlatego według RPO dziś podstawą do organizacji zgromadzenia państwowego wydaje się tylko ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych. – Obowiązkiem władz publicznych jest zapewnienie realizacji wymogów wynikających z tych przepisów – stwierdza rzecznik. I dodaje, że o tym, co się dzieje w przypadku kolizji dwóch zdarzeń – organizowanego przez obywateli zgromadzenia i zgromadzenia, które chce w tym samym miejscu zorganizować władza państwowa – rozstrzygnąć może wyłącznie sąd.

Było i radosne świętowanie

Im dalej w kraj od stolicy Polski, tym obchody stulecia odzyskania jej niepodległości były radośniejsze. Barwne korowody, plenerowe widowiska, koncerty czy imprezy sportowe. Najfajniejszym pomysłem było sprawienie, że 11 listopada wieczorem biało-czerwonymi kolorami rozbłysły Wieża Eiffla w Paryżu, piramidy w Egipcie, wodospad Niagara, Krzywa Wieża w Pizie i jeszcze kilka takich punktów na świecie.

To „uśmiechnięta” strona medalu. Niestety jest i smutna. Na obchody centralne zabrakło pomysłu i długofalowego planowania. Mogłoby się wydawać, że ta setna rocznica zaskoczyła władze jak zima drogowców. W Helsinkach, stolicy Finlandii, pamiątką stulecia niepodległości kraju będzie piękna i funkcjonalna biblioteka publiczna. W Warszawie, gdzie wciąż brak porządnego muzeum sztuki współczesnej, nic takiego nie zbudowano. Również na sobotnim uroczystym koncercie na Stadionie Narodowym zabrakło gwiazdy światowego formatu i atmosfera smutno-podniosła przeważała nad radością. Prezydent Duda zapowiedział w niedzielę, że na placu Piłsudskiego zostanie odbudowany zrujnowany w czasie II wojny światowej pałac Saski (Grób Nieznanego Żołnierza to jedyny ocalały, centralny punkt tego pałacu). Cieszę się z tego pomysłu i mam nadzieję, że uda się go zrealizować szybciej niż za kilkadziesiąt lat. A są i tacy, którzy całkiem sensownie pytają, dlaczego ten pałac nie został właśnie odbudowany i oddany do użytku?

Pewnie uda się na setną rocznicę czegoś innego. Od dziś licząc, każdy dzień będzie taką „setką” kolejnego zdarzenia w historii naszej ojczyzny.