A wy się wójta nie bójta… z perspektywy pewnego kota

0

Dzieje się, tyle się wokół dzieje, a my wciąż tacy sami. I wciąż zapominamy, że szansę mamy tylko razem, zjednoczeni, a nie podzieleni. Wspierający, a nie odwracający się plecami. Zwłaszcza w tym szczególnym dla nas okresie, gdy świętowaliśmy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Bo z niepodległością nierozerwalnie łączy się słowo wolność. Wolność, o którą trzeba walczyć. Wolność, o którą musimy dbać.

Przypominacie sobie pewnego kota? Już po raz trzeci nasz kot będzie bohaterem felietonu. Tym razem w takich oto okolicznościach. Spotkał raz kot w sądzie starszego już, schorowanego kota. Kota z posiwiałą sierścią, podpierającego się laską, poruszającego się z trudem, który wyglądał na bardzo, bardzo już zmęczonego. Usiadł kot obok niego na ławeczce i w skupieniu wysłuchał historii, która zaczęła się, gdy ten starszy kot miał zaledwie 43 (ludzkie) lata. Kot ten oczekiwał na pierwszą rozprawę, choć jego proces rozpoczął się przed 19 (ludzkimi) laty. Kolejne sądy jednak wyroki uchyliły i wszystko zaczynało się od nowa. W międzyczasie kot spędził ponad rok w areszcie, niesłusznie jak się okazało. Państwo, a jakże, zapłaciło kotu za ten czas jakieś zadośćuczynienie i czuło się ze swych obowiązków zwolnione, a przede wszystkim rozgrzeszone. „Ciekawe czy doczeka końca tych spraw…” – pomyślał nasz kot. Szczerze współczuł swojemu starszemu koledze. I znowu nie mógł się nadziwić organizacji systemu „wymiaru sprawiedliwości”.

Wrócił więc kot do domu, spoczął dostojnie na fotelu i otworzył tomik wierszy. Konstatacja pierwsza – niby wszyscy znają poezję Wojciecha Młynarskiego. Niby słyszeli piosenki, niby czytali. A za każdym razem coś nowego. Przerzucił kot leniwie kilka kartek…

Jak głosi jedna z historycznych bujd, Hen w średniowieczu żył niedobry bardzo wójt. Gnębił poddanych, mocną trzymał straż, Z rzadka ku ludziom swoją złą obracał twarz. Leciały krnąbrne głowy; rach ciach ciach, Aż w obejściach wójtowych zapanował blady strach. Trwałby ten strach po koniec wójta dni, aż osiedlił się w gminie jakiś facet z innej wsi, co wszystkim ludziom w krąg powtarzał tak: Ej, wy, wy, ludzie, wy, tych pogróżek nie kupujta i choć szaleje wójt, wy wójta się nie bójta! Ej, wy, wy ludzie, wy, se złym strachem głów nie trujta i choć zabija wójt, wy wójta się nie bójta! Ej, wy, wy, ludzie, wy, raz się w kupę wziąć spróbujta, niech wójt nie gnębi was, wy same zapanujta tu![1]

Spojrzał kot przez okno, tak daleko, jak tylko spojrzeć kot może. A że była zima i już po zmroku, kot widział całkiem daleko i bardzo wyraźnie. Widział wójta, a raczej wójtów wielu. I wielu tych wójtów poddanych, a niby według prawa wójtowi równych. Równi więc wójtowi zasiadali w gminnych komisjach i radach, w ciałach społecznych czy zawodowych samorządach i cechach. Medycy, kołodzieje, kowale, skrybowie, pisarze i juryści. A każdy z nich miał pośród siebie własnego, większego albo i mniejszego wójta. I jak się okazuje, w każdym z tych gremiów, mimo równych wszystkich praw, panował niepodzielnie wójt. I mocną trzymał straż.

Spojrzał na to wszystko kot (a widział wyraźnie mimo zmroku). Pośród nich, w ich kilkunastu małych związkach, panowały odwieczne podziały, zaś chciwość, małostkowość i żądza złudnej władzy wypaczała wcześniejsze idee i jakże lubiane wcześniej przez wszystkich poczucie koleżeństwa i wspólnoty. Jedynie medycy jakoś się jeszcze trzymali razem, a zwłaszcza ci młodsi potrafili mówić jednym głosem w obronie ich wspólnych racji.

Spojrzał kot w kalendarz. Właśnie skończył 45 lat. Długie życie jak na kota. Wy wójta się nie bójta… Czy tego wójta dużego, czy też jednego z tych licznych mniejszych. Raz się w kupę wziąć spróbujta – przed snem pomyślał sobie kot.

[1]    Wojciech Młynarski, A wójta się nie bójta.